droga Montevideo(Urugwaj) - Viedma(Argentyna)

( 4 Votes ) 

Po spedzeniu 21 dni w Montevideo w koncu zdecydowalem ruszyc dalej.Nie bylo mi lekko z 2 powdow. Pierwszy to calkiem niezle sie zadomowilem w hostelu i polubilem ludzi tam mieszkajacych. Mozna powiedziec, ze po pol roku w podrozy mialem cos na wzor domu i znajomych. Drugi powod bardziej przyziemny. Poprostu niewiele sie w tym czasie ruszalem i miesnie w moich nogach odwykly od wysilku. Kolejna sprawa to jedzenie. Przywyklem do normalnych obiadow i mozliwosci gotowania wlacznie z dostepem do lodowki. Chociaz akurat lodowka nie byla zbyt bezpiecznym miejscem bo jedzenie nieraz znikalo:). 

Ostatecznie przejechalem w ciagu 14 dni kolejne 1150 km(trasa Urugwaj, trasa Argentyna).

1 dzien(25 grudnia)

 

Leniwie spakowalem moj przenosny majatek. Sprawdzilem 3 razy czy nie zapomnialem niczego. Niestety zginely moje zielone wojskowe skarpetki, ktore owijalem wokol raczek po to aby chronily moje rece w trakcie jazdy. Zebralem sie w sobie i prawie ze lza w oku pozegnalem sie z reszta bo z czescia pozegnalem sie wczesniej. Wlasciciele hostelu Escuela de Rock Herman i Gabi zrobili sobie ze mna pamiatkowa fotke(bylem pierwszym gosciem:)). Ostatecznie o 15 wyjechalem z planem wyjechania jakies 50 km za miasto. Daleko nie zajechalem bo po okolo 4 km zawrocilem bo sie okazalo, ze zapomnialem bluzy. Mojego jedynego cieplego ciucha jakiego posiadam. Cos mialem duzo miejsca w plecaku i mi to nie pasowalo. Potrzebowalem jednak okolo 30 min jazdy aby dojsc czego tam nie ma:). Wrocilem i wyjechalem jeszcze raz tym razem juz poszlo sprawnie. Wpadlem zabralem bluze i po minucie bylem znowu na rowerze. Przejechalem jak planowalem okolo 50 km do Libertad. Po drodze mija sie calkiem fajny stary zelazny most. 

Na koniec dnia zlapalem jeszcze gume w przednim kole. Jak sie pozniej okazlo nakleilem na detke 10 latke:).Zatrzymalem sie na stacji gdzie czuje sie juz prawie jak na wlasnym podworku. Tym razem zostalem zaskoczony. Okazalo sie ze zachcieli oplaty jak na polu namiotowym:(. Zaplacilem U$100 w zamian mialem prysznic i swiety spokoj. 

 

2 dzien

 

To byla masakra. Przejechalem ostatecznie 81 km jak planowalem ale kosztowalo mnie to sporo energi i samozaparcia. Wyszlo, ze przez 3 tygodnie sie nie ruszalem. Od rana zakwasy w nogach. Do tego ze wzgledu na swieta wszystko pozamykane. Jesc moglem tylko na stacjach a tam drogo to staram sie nie objadac. Zmiana diety spowodowala, ze zupelnie nie mialem sily. Co gorsza w nocy niewiele spalem bo w nocy sie wciagnalem w czytanie ksiazki i zasnalem dopiero kolo 4:30. Pozytywna zmiana to dlugosc dnia. Jechac mozna bylo do okolo 21:30 czasu Urugwajskiego. Wloklem sie z postojami prawie co 5 km. Szlo powoli, kilometry byly straaaasznie dlugie. Na koniec dnia nie udalo mi sie dotrzec na stacje i rozbilem sie w lesie. Chociaz miejscowke znalazem fajna i spokojna bo nic w nocy nie przyszlo:). Wieczorem okazalo sie jeszcze, ze spalilem sobie gebe. Slonce przez caly dzien mialem z lewej strony, a przed wyjazdem ogolilem brode. Jak tylko wskoczylem do namiotu i przespalem jak kamien nastepne ponad 11 godzin. 

 

3 dzien

 

Jazda szla troche lepiej niz dzien wczesniej ale nadal ciezko. Na szczescie mialem niecale 50 km do przejechania. Do tego byl poniedzialek i moglem zajechac do sklepu kupic jedzonko:). Okolo 15 bylem juz w Colonia del Sacramento. Miasto jest opisywane jako perelka Urugwaju. Stare miasto jest ladne ale bardzo malutkie i w zasadzie w 2 h mozna wszystko obejsc na pieszo. Do zobaczenia jest fajna latarnia i widok z niej na miasteczko oraz pare malowniczych punktow widokowych na ujscie La Platy. Jak sie odejdzie troche dalej od historycznego centrum to sie mozna przejsc dosc dluga promenada. 

Trzeba bylo jednak kupic bilet na prom do Buenos Aires. Jak sie okazuje sa 3 firmy: Bouqener, Seacat i Colonia Express. Duzo taniej idzie kupic bilety z wyprzedzeniem przez internet. Ale trzeba wiedziec tak z dobry tydzien wczesniej kiedy dokladnie chce sie plynac. Jak sprawdzalem ceny 4-5 dni wczesniej to najtansze byly za U$585.

Najwiecej promow jak i przez to polaczen ma firma Bouqener i zarazem jest najdrozsza bo bilety byly po U$830.

Seacat mial bilety po U$695, a Colonia Express po U$690. Nie ponosilem dodatkowej oplaty za rower. Chociaz ceny i tak mi sie wydaja troche wysokie bo za godzine plyniecia statkiem placi sie ok 35$ USD. 

Nocke spedzilem w nowoczesnym budynku w porcie. Dowiedzialem sie wczesniej, ze jest otwarta cala dobe ale dziwnie sie czulem bo ostatni prom odplywal o 23:30 i do 5:30 siedzialem praktycznie sam z ochroniarzami na krzeselkach. Nie wiedzialem czy sie moge rozlozyc ale nie wydawalo mi sie przez co spalem na siedzaco. Na szczescie krzeselka wygodniejsze od tych na polskich poczekalniach PKP. Umiejetnosc spania w kazdych warunkach sie przydala i sie naiawet wyspalem.

 

4 dzien

 

Prawie cala droge promem przespalem:) cala godzine;). Samo Buenos sprawilo na mnie wrazenie calkiem ladnego miasta. Jak juz wczesniej slyszalem to okreslenie - wrazenie miasta europejskiego. Niewiele wiecej moge napisac bo w zasadzie wsiadlem na rower i przez caly dzien sie skupialem, zeby jak najdalej od niego odjechac. Nowoscia byly za to sciezki rowerowe w centrum miasta. Ujechalem jakies 60 km w lini prostej w rzeczywistosci troche wiecej:). Za to stacja, do ktorej dotarlem calkiem przyjemna z darmowym prysznicem i wygodna trawka pod namiot:). Na plus z tego dnia moge uznac to, ze w koncu odzyskalem sily i jechalo juz mi sie calkiem sprawnie zwlaszcza popludniu.

 

5 dzien

 

Ambitny plan pobicia rekordu 128 km przejechanych w ciagu dnia:). Chcialem przejechac 130 ale stanelo na 125. Slonce mnie zbudzilo dosyc wczesnie tak ze juz po 9 bylem na rowerze. Po 13 km dojechalem do stacji gdzie byl internet i zrobilem sobie godzinna przerwe. Potem szlo mi calkiem niezle. Mimo tego przestoju nadal mialem czas, zeby przejechac 130 km do Las Flores. Powrocilem nawet do starej formy i przejezdzalem ponad 20 km odcinki bez odpoczynku. Jak sie pozniej domyslilem nie jest to takie latwe jak w Brazyli. Tam czesto schodzilem z roweru i prowadzilem go pod gorke przez co nogi odpoczywaly i dawalem rade jezdzic dluzej bez przerwy. Tutaj mam argentynska pampe i rownine jak okiem siegnal. Od kiedy doplynalem do Buenos Aires nie mialem, zadnej nawet najmniejszej gorki. 

Okolo 15 zatrzymalem sie przy drodze odpoczac. Usiadlem niczego sie nie spodziewajac. Napilem sie wody posiedzialem ok 15 min i ruszylem dalej. Nagle niespodziewanie po przejechaniu 15 km zaslablem. W ciagu 5 min nagle stracilem prawie wszystkie sily i musialem sie zatrzymac. W zasadzie nie wiedzialem o co chodzi i po 10 min ruszylem dalej. Dojechalem do stacji po kolejnych 5 km gdy juz znowu sily mnie opuszczaly. Pomyslalem, ze to z glodu i postanowilem sie najesc. Sily jakos wrocily i bez wiekszego wysilku przejechalem ostatnie 46 km. Przy okazji zlapalem gume w tylnim kole 12 km przed Las Flores:(. Spowodowalo to, ze nie pobilem wlasnego rekordu i przejechalem tylko 125 km. 

Siedzac na stacji poczolem ze mnie wszystko zaczyna swedzic. Staralem sie tym nie przejmowac do momentu az spojrzalem w lustro w toalecie. Cala glowe troszke ponizej gdzie czapka styka sie z glowa mialem w bablach. Uda w miejscu gdzie stykaja sie z siodelkiem byly cale sztywne tworzac 2 bable wielkosci piesci. Dookola nich tez bylo niewiele lepiej. Dopiero wtedy do mnie dotarlo co sie stalo. Myslalem, ze zostalem pogryziony przez mrowki miniaturki na jednym z postojow. Nagle zaslabniecie to chyba w efekcie zadzialania ich jadu. Generalnie zaczela mnie pozniej bolec glowa ale jakos nie bylo tak zle poza tymi opuchliniznami. Przed wyjazdem niespodziewalem sie, ze to wlasnie mrowki beda mi tutaj przysparzaly najwiecej problemow.

Z wysilkiem rozlozylem namiot. Szczescie mi nie dopisywalo bo zgubilem linke zapinajaca rower. Wyciagnalem latarke, zeby ja poszukac, ktora tez odmowila posluszenstwa:(. Na szczescie linke pozniej znalazlem, a pozniej pocwiczylem hiszpanski z jednym z tirowcow. Niestety nauka tego jezyka nie idzie mi za szybko ale od kiedy pamietam nigdy w tym nie bylem dobry.

Pare dni pozniej dowiem sie skad sie rzeczywiscie wziela opuchlizna..

 

6 dzien

 

Chcialem przejechac kolejne 120 km do Azul. Stanelo na 60. 

Po obudzeniu z rana i przespaniu 11 godzin nadal nie bylem wypoczety i czolem lekkie oslabienie po ataku mrowek dzien wczesniej. Nie bylo jednak czasu na uzalanie wiec spakowalem namiot zmienilem detke w tylnim kole. Pojechalem na jedzeniowe zakupy do supermarketu. Objadlem sie tak, ze mi zoladek pekal ale nadal nie czolem sie na silach jechac dalej. Podprowadzilem rower do najblizszej stacji. Kupilem cokolwiek aby usiasc w czesci restautacyjnej i.. przespalem tam okolo 2 godzin na stole ale przynajmniej w chlodzie:). Ostatecznie ruszylem po 14 i przejechalem tylko okolo polowy planowanej drogi. Pod koniec jazdy zaczelo mi powietrze uciekac z tylniego kola:(. Okazalo sie, ze jedna z latek sie odkleila a na stacji z rana zostawilem narzedzia do zdejmowania opon:(. Mialem na szczescie jeszcze jeden komplet:). 

Stacja, na ktorej sie zatrzymalem to wyglada na pozostalosc po Esso. Zostala zaadoptowana na kawiarnie. Jak sie pytalem gdzie nastepna stacja to mi powiedziano, ze w Azul. Czyli na odcinku ponad 115 km przy glownej drodze nie ma, zadnej stacji benzynowej. Za to w miasteczku obok mam supermarket gdzie jutro bede mial sniadanko:).

 

7 dzien

 

Dzisiaj ostatni dzien 2011 roku. Nie spedze go zbyt oryginalnie bo w namiocie na stacji benzynowej. Na Argentysnkiej prowincji 360 km od Buenos Aires. Dzisiejszy dzien zaliczam do udanych:). Przejechalem 120 km mimo iz wystartowalem dopiero po godzinie 11. Ceny w supermarketach i na stacjach znormalnialy tzn sa blizsze do tych w stanie Misiones niz te co byly w Buenos Aires. Czyli tak jak przypuszczalem drozyzna ostatnich dni byla zwiazana z bliskoscia stolicy. Jezeli mialbym je porownac to byly prawie takie same jak w Brazyli i Urugwaju. Rozpracowalem tez system rozmieszczania stacji benzynowych:). Miasteczka sa oddalone po okolo 100 km i w polowie drogi miedzy nimi jest jedyna stacja przy drodze. Mija sie rowniez male wioski ale sa one zazwyczaj oddalone o 3-5 km od glownej drogi. Problem w tym, ze moja mapa pokazuje stacje przy niektorych wioskach ale nigdy nie wiem czy musze do nich wjezdzac czy bede ja mijal przy glownej drodze. Poza tym dzien byl upalny okolo 30 stopni. 

Okolo polnocy wyszedlem poogladac fajerwerki. Nie bylo ich za duzo ale zawsze ciekawie je ogladac. Zostalem zawolany przez Argentynczykow swietujacych w restauracji przy stacji. Wypilem z nimi szklanke wina ale sie szybko zmylem bo towarzystwo bylo niezle nawalone, a ja nawet z trzezwymi mam problemy z dogadaniem sie po hiszpansku.

 

8 dzien(1 styczen)

 

Tempo mialem niezle. Nawet myslalem przez chwile o zrobieniu 140 km odcinka. Ostatecznie zdecydowalem sie na 90. Ze wzgledu na upal zrezygnowalem z jazdy w poludnie. Posiedzialem sobie na stacji i zasmakowalem sie w lodach, ktore sa zawsze wyjatkowo smaczne w upalne dni. Lod typu Bambi 54g(mleczny w polewie z czekolady) kosztowal A$3.5 po przeliczeniu drozej niz w polsce ze wzgledu na mala wage:(.

Popludniu bez wiekszych przygod dojechalem do przydroznej restauracyjki z grillem i prysznicem:). Skorzystalem niestety tylko z tej 2 opcji chociaz ladnie pachanilo..

 

9 dzien

 

Przejechalem kolejne 70 km. Tym razem nie bylo jednak tak latwo. Pierwszy raz od dluzszego czasu doswiadczylem jak to jest jechac pod wiatr. Przez polowe dnia ledwie zdolalem przejechac 45 km. Co ciekawe w pewnym momencie jak drzewa ochranialy przed wiatrem mialem odcinek pod gorke, ktory okazal sie latwiejszy niz prosta z wiatrem w gebe. 

Popludniu wiatr ustal dojechalem tylko do oddalonych o 27 km bramek na drodze. Mimo w miare wczesnej pory nie mialem duzego wyboru bo nastepne miejsce gdzie moglem sie zatrzymac znajdowalo sie 70 km dalej a po ciemku jezdzic nie chcialem. Tym bardziej zatrzymywac sie w miejscu bez prysznica i dostepu do sniadania z rana. Zwlaszcza jak mam wybor:).

 

10 dzien

 

Wygodnie sie wyspalem chociaz w nocy bylo chlodno. Przed opuszczeniem namiotu zabilem z 10 komarow upojonych w nocy moja krwia. Przynajmniej nie dalem sie bestiom rozmnozyc:P. Zlozylem namiot i przygotowalem do jazdy. Zostalo mi tylko zjedzenie sniadania. Wyciagnalem zachomikowane bulki,ser i szynke z dnia poprzedniego. Nagle poczulem swedzenie na calych nogach. Staralem sie o tym nie myslec i jesc. Swedzenie jednak nie ustawalo tylko narastalo. W pewnym momencie spojrzalem na nadgarski i byly cale w znanych mi sprzed paru dni bomblach. Jakos dokonczylem sniadanie caly sie drapiac i poszedlem do lazienki. Tam doznalem szoku patrzac w lustro. Wygladalem jak potwor. Cala twarz w bablach. Cale rece wlacznie z ramionami. Najglorzej bylo jednak z nogami. Byly w tak fatalnym stanie, ze sie az sam wystraszylem. Udam mialem 2 razy grubsze od opuchlizny. Nie wiedzac o co chodzi zaczalem szukac mrowek ale tym razem ich nigdzie nie bylo. W ten sposob obalilem hipoteze, ze mam to po nich. Pozostaly przypuszczenia, ze to od wody, komarow albo jakas alergia. Stalem przed toaleta i sie zastanwialem skad te bable, a opuchlizna narastala chociaz liczbowo ich nie przybywalo. Troche wystraszony poszedlem zapytac czy nie maja przypadkiem lekarza gdzies w budynku obok przy bramkach na drodze. Niestety nie mieli ale zaproponowali, ze moga po niego zadzwonic. Chwile sie zawachalem ale podziekowalem i stwierdzilem, ze poczekam chwile i zobcze co sie bedzie dalej ze mna dzialo. Usiadlem w cieniu na betonie i czekalem. Po ponad godzinie czesc opuchlizny zeszla i byla wyrazna poprawa co mnie ucieszylo. Niestety cien sie przesuwal i przegonil mnie z miejscowki. Wzialem karimate i polozylem sie na trawie pod palma. Po 10 min odkrylem powrot swedzenia i nowe bomble. Eureka odkrylem skad uczulenie. Mianowicie jest to jakis pylek po skoszonej trawie. Nie wiem co dokladnie ale wiem czego unikac:). Przenioslem sie oslabiony znowu na beton pod lazienka. Opuchlizna powoli znowu schodzila.. Postanowilem sprawdzic czy prysznic mi nie pomoze:). Ledwo sie zmusilem do stania i powloczenia w jego kierunku. W trakcie brania prysznica nie poczolem poprawy ale jak z niego wychodzilem to dostalem drgawek z zimna i ledwo dalem rade ustac na nogach. Jakos sie zmusilem do ubrania i wyjscia. Siadlem zupelnie oslabiony 2 metry przed wejsciem do lazienki i po 5 min z oslabienia zasnalem. Obudzilem sie po jakies godzinie w zupelnie innym stanie. Opuchlizna prawie calkowicie zeszla ja odzyskalem sily. Posiedzialem jescze chwilie i ruszylem w droge.

Do najblizszego miasteczka mialem 70 km. Troche sie obawialem czy dam rade tyle przejechac po porannym oslabieniu i bez jedzenia ale na szczescie nie bylo z tym problemow. W nagrode mam net na stacji i moge zobaczyc co sie w swiecie dzialo przez ostatnie dni:). Niestety brak prysznica:(

 

11 dzien

 

Nieraz jest lekko nieraz ciezej. Nieraz poranek zapowiada przyjemny dzien a wieczor rozczarowanie lub na odwrot. Dzis z rana bylo calkiem przyjemnie. Znalazlem supermarket. Najadlem sie. Ze wzgledu na silny wiatr w gebe postanowilem poczekac i podladowac lapka na stacji a przy okazji wykorzystac darmowy net. Troche sie zasiedzialem. Ostatecznie ruszylem nieco przed 15. Dzien byl bardzo upalny a wiatr praktycznie ustal. Do przejechania okolo 95 km do Bahia Blanca. W ramach sprawdzenia czy 3.5l to wystarczajacy zapas przejechalem ten odcinek bez zatrzymywania sie na stacji i uzupelniania wody. Przy okazji sprawdzilem jak to bedzie na patagoni gdzie bede mial po 100 km miedzy miasteczkami lub stacjami, a po drodze nic. Test przeszedlem sprawnie. Jeszcze przed zmrokiem bylem w Bahia Blanca. Szybko poszedl mi przejazd ale to dzieki temu, ze nie bylo wiatru. Do tego momentu wszystko bylo ok. Pozniej zaczely sie schodki. 

Zjechalem gdzies z glownej drogi i musialem nabladzic po miescie zanim ja odnalazlem. Po drodze zatrzymalem sie w sklepie i kupilem sok pomaranczowy. Przynajmniej tak mi sie wydawalo. Sprobowalem i smak okazal sie ochydny ale jak jest sie spragnionym to tak latwo sie nie poddaje. 2 raz przechylilem butelke i smak sie nie poprawil. Pozostalo sprawdzic etykiete. Okazalo sie ze kupilem skondensowany sok typ sama chemia, ktory trzeba rozrabiac w stosunku 1:9. Pozniej sprobowalem rozrobiony ale dalej byl ochydny. 

Podczas wyjezdzania z miasta przednie kolo zaczelo ciezko chodzic. Sprawdzilem co sie dzieje. Przednie lozysko sie rozpadlo. Swoja droga i tak dlugo wytrzymalo bo zaczelo piszczec chwile po tym jak wyjechalem z Porto Allegre czyli ponad 2000km temu. Szczescie tez w tym, ze dokonalo swego zywota akurat jak bylem w miescie. Niestey w miedzyczasie zapadla noc i musialem wyjechac poszukac stacji. Z rozwalonym lozyskiem to tak jak jechac z zaciagnietym recznym w samochodzie. Da sie ale idzie ciezko. Na moje nieszczescie do stacji bylo dobre 5 km, ktore jutro bede musial wrocic. Co gorsze i w zasadzie najgorsza wiadomosc dla mnie tego dnia to brak wody na stacji. Moje butelki z zapasem sie wyczerpaly, a do tego brak prysznica! Co gorsza 2 dzien z rzedu. W wyniku czego bede musial spac caly klejacy zwlaszcza,ze jest wyjatkowo parno:(

 

12 dzien

 

Wstaje zrana zbudzony przez slonce ogrzewajace namiot. Pakuje namiot, laduje majatek na rower i ide sie dowiedzec czy jest juz woda na stacji i mozna sie wykapac. Okazaje sie, ze zginal klucz od prysznicy..:(. No nic cofam sie do Bahia Blanca majac nadzieje, ze moze tam cos wypatrze. Pchajac juz wczesniej rower cos maksymalnie ciezko sie krecily kola. Jak zaczalem nim jechac to na najlzejszej przerzutce ledwo dawalem rade. Myslalem, ze to przez rozwalone lozysko w przednim kole. Postanowilem po kilometrze sie zatrzymac i dokladnie to sprawdzic. Zdjalem bagaz i nagle rower zaczal znowu chodzic lekko. Dopiero wtedy wypatrzylem, ze bagaznik sie rozwalil. W zasadzie standardowy problem w wyniku poluzowania srubki. Szybka naprawa i 15 min mialem juz rower w pelni sprawny:). Okazalo sie,ze do najblizszego sklepu musialem sie cofnac ponad 5 km. Tam jednak zrobilem sobie uczte:). Przyszedl czas ruszenia w droge. Niestety mialem pod wiatr i ledwo toczylem sie do przodu. W koncu znowu dotarlem na stacje, na ktorej spalem i postanowilem po raz 3 zapytac sie o prysznic. Tym razem znowu nie bylo wody. Wkurzylem sie i poszedlem sie wykapac w umywlace. Jak doszedlem do mycia nog pracownik stacji mnie lekko opier.. gdy zobaczyl moja stope w zlewie. 

Przegoniony ruszylem dalej w droge. Jazda sie ciagnela w nieskonczonosc. Mialem do przejechania 32 km pod wiatr jezeli uzyskalem srednia predkosc 8 km/h to byl sukces. Po przejechaniu 20 km niespodziewanie wyrosla na drodze stacja YPF:). Zajechalem a tam darmowy zimny prysznic!! W zasadzie byly 2 kabiny w jednej tylko goraca woda, a w 2 tylko zimna.. Po dobrych 30 min w koncu wyszedlem z lazienki patrze na rower i guma.. w przednim kole. Chociaz na nia od dawna czekalem aby zmienic opone bo juz byla tak lysa, ze juz miejscami druciki konstrukcji opony wystawaly. Co ciekawe gume zlapalem od razu w 2 miejscach.. i mam juz 2 detki co maja po 10 latek.

Po ruszeniu dalej i przejechaniu 2 km pojawila sie kontrola zoofilaktyczna. Okazaje sie, ze do Patagoni nie mozna wwozic owocow, warzyw, miesa itd. Chociaz kontrola sie skupia na zapytaniu i spojrzeniu z niechecia do plecaka bez dokladnego przeszukiwania. Bynajmniej moge w tym momencie stwierdzic,ze symbolicznie wjechalem do PATAGONI!!:). 

Pierwsze widoki to pare kilometrow wyschnietego bagna po czym droga skrecala o 90 stopni przez co skonczyla sie meka pod wiatr. W zasadzie powinienem miec wiatr w plecy ale ku mojemu zdziwieniu po przejechaniu 4 km wiatr zmienil kierunek:( i wial z boku. Postanowilem tak jechac do najblizszej stacji. Zauwazylem ze pod wieczor wiatr slabnie i jedzie sie przyjemniej. Ostatnie 15 km jechalem juz w nocy co w sumie bylo calkiem przyjemne gdyby nie ruch na drodze:(. 

Przy okazji mijania mnie jednej z ciezarowek musialem zjechac na pobocze i trafilem na jakas kolczasta roslinke. Ze 30 kolcow musialem wyciagnac z przedniego kola i 20 z tylniego. Tylko cud mogl sprawic, ze nie zlapalbym gumy. Tym razem cudu nie bylo ale powietrze schodzilo powoli. Nastepnego dnia okaze sie, ze zlapalem 2 dziury w przednim kole. 

Wieczorkiem po zatrzymaniu sie na stacjosklepie zostalem poczestowany kawalkiem mieska z grilla:). Niestety dali mi rzebro gdzie glownie byla kosc ale lepsze to niz nic zwlaszcza jak za darmo;). Bardzo przyjzni ludzie.

 

13 dzien

 

Leniwie wstalem obudzony przez wiatr. Spakowalem sie ale nie planowalem za szybko ruszac. Widzac sile wiatru w zasadzie tracilbym tylko sily i poruszal z predkoscia paru km/h przez co postanowilem poczekac. Przy okazji zalepilem detke w przednim kole. Zupelnie jest dla mnie nie zrozumiale jak czytam recenzje ludzi jezdzacych rowerami po Patagoni i lapia oni gume raz na 1000 km albo rzadziej. Ja mam od poczatku srednia raz na 200-250 km i jakos mi sie ona nie zmienia.

Po przejechaniu 15 km dojechalem do duzej stacji Petrobras z darmowym wifi. Sklonilo mnie to do zatrzymania na kolejne 2 godziny. Od obslugi stacji dowiedzialem sie ciekawej rzeczy. Mianowicie 2 dni przede mna zatrzymal sie tu tez polak jadacy rowerem do Ushuaia. Ciekawe czu uda mi sie go spotkac gdzies po drodze:).

W koncu sie ruszylem i podjechalem kolejne 15 km. Zauwazylem, ze powietrze z przedniego kola mi znowu ucieka:(. Po rozebraniu okazalo sie, ze jedna z latek nie przykleila sie poprawnie. Takie moje szczescie, ze mam okolo 50% skutecznosc w prawidlowym naklejaniu latek.

Gdy ruszylem dalej bylo juz cos kolo 17. Ale udalo mi sie podjechac kolejne 43 km. Do Viedma zostalo mi juz tylko okolo 100km:). Na koniec tego szczesliwego 13 dnia mialem goracy prysznic;)

 

14 dzien

 

Zbudzony ponownie przez slonce. Jakos nie mozna sie tutaj za dlugo wylegiwac. Codziennie z rana jest silny wiatr i slonce jak  nie jedno to drugie mnie zmusza do pobudki w okolicach 8. Zjadlem zakupione dzien wczesniej sniadanie. Zakladalem mozliwosc spania przy drodze a nie na stacji i sie przygotowalem:). Ruszylem w droge. Stacja do ktorej planowalem dzien wczesniej dojechac okazala sie stara nie funkcjonujaca ruina. Do tego jak na nia zajachalem wybiegl wielki pies. Generalnie za psami nie przepadalem ale podczas tego wyjazdu to je praktycznie znienawidzilem. Zawsze sie kreci jakis przy stacji i albo mi w nocy osika namiot albo rower. Po drodze wybiegaja i trzeba przed nimi uciekac bo widac, ze sa gotowe ugrysc. Sprawia to niebezpieczne sytuacje bo nagle musze zmieniac strone na drodze nie zawsze dobrze sie rozgladajac czy cos jedzie. Kolejny element to sraja w miejscach gdzie sie rozbijam tak, ze nieraz trafiam na gowno:(. Natomiast przy rozbijaniu na dziko jak mnie wyczuja to halasuja pol nocy i nigdy nie wiem czy kogos nie przyprowadza zeby mnie przegonil.

Jedyny plus tej opuszczonej stacji byl taki, ze wlasciciel dal mi zimnej wody:). W takim momencie jej smak jest nie do opisania. Pod koniec dnia dojechalem do Viedma jakies 115 km. Zatrzymalem sie przy stacji gdzie za prysznic zawolali rekordowa jak na Argentyne kwote A$10. 

Zaczyna mnie natomiast martwic inna rzecz. Mianowicie udalo mi sie przejechac 115 km z zapasem 4.5l wody. Do tego dostalem dodatkowe 1.5 l na stacji. Problem w tym, ze pod koniec dnia woda byla bardzo ciepla ale wieksze zmartwienie to jej ilosc. Ostatecznie zostal mi niecaly litr jak dojechalem do supermarketu w Carmen do Patagones. Niestety jak patrze na mape to beda mnie czekaly odcinki po prawie 200 km miedzy stacjami/miasteczkami. W takim przypadu musialbym targac z 8 l wody przy obecnym zuzyciu albo jezdzic nocami. Nie wspomne tutaj, ze na ostatnim odcinku mialem sprzyjajacy wiatr w plecy przez wiekszosc czasu, a nastepnym razem moge miec 150 km pod wiatr co sprawi, ze jazda wydluzy sie 2 razy. Dzisiaj tez mijalem wydmy piaskowe na drodze, co mi dalo do myslenia jaki surowy klimat tu panuje i dlaczego Patagonia jest tak slabo zamieszkala.