droga Viedma - Puerto Madryn

( 0 Votes ) 

Odcinek ten nalezal do jednych z trudniejszych. Do pokonania mialem zaledwie 430 km(trasa) ale po drodze tylko 2 miasteczka. W konsekwecji musialem niezle przyspieszyc i przyzwyczaic sie do tego, ze codziennie mam ponad 120 km do przejechania. Objadac sie na zapas z rana i wieczorem. Ostatecznie zajelo mi to 4 dni w tym 1 dzien odpoczynku i 0 gum:).

 

dzien 1

 

Najblizszym miasteczkiem oddalonym od Viedmy w moim kierunku jazdy bylo San Antonio do Oeste. Jedyne 180 km. Wypytalem sie wczesniej czy sa jakies stacje benzynowe albo restauracje na tym odcinku. Odpowiedz byla nie. Pozostalo mi zmusic sie do wstania wczesnie z rana i ruszenia. Budzika nie chcialem ustawiac stwierdzilem, ze sam sie obudze. Mocno zmotywowany wstalem o 6:50 i o 8 bylem juz na rowerze. Droga mnie nie rozpiszczala bo wial silny wiatr w gebe. Poczatkowo myslalem, ze minie.. Skonczylo sie na tym, ze przejechalem 173 km pod wiatr. Zajelo mi to niecale 18 godzin!! Ze srednia predkoscia okolo 10 km/h. Na miejsce dotarlem o 2 w nocy. Jedyny plus pogody byl taki, ze byly male chmurki, ktore przyslanialy slonce i nie musialem jechac w upale.

Zmienilem za to technike jazdy. Zaczalem robic regularne krotkie odpoczynki po kazdych 10 km. Jedzie sie przez to troche wolniej ale za to nie czuje sie tak zmeczenia. Dodatkowo na calym odcinku(nie liczac pierwszych km kiedy wyjezdza sie z miasta) widzialem tylko 2 miejsca postojowe gdzie moznaby sie zatrzymac w cieniu. 

Jezeli chodzi o trase to ostatnia stacja(raczej pozostalosci po niej i obecnie sklep ale miejscowka do zaopatrzenia i spania ok) ok 10 km za Viedma. Potem zostaje 163 km, ktore trzeba przejechac na wlasnych zapasach. Nie ma mozliwosci uzyskania wody nie liczac sytuacji, ze wjechaloby sie do kogos na farme o nia proszac. Przez wiekszosc drogi jest tylko Patagonska pustynia z karlowatymi krzaczkami i nic wiecej. 

Moje zapasy wynosily 5l wody i mialem nadzieje, ze wystarcza. Teraz wiem, ze to troche malo a gdybym mial upal to juz wogole byloby ciezko. Mialem jednak szczescie. Po dobrych 100 km zobaczylem na poboczu 5l baniaczek z woda, a obok niego.. gowno. Widzac swiezosc tego drugiego woda nie stala tam zbyt dlugo. Uzupelnilem prawie do pelna zapasy wody i dzieki temu jeden problem mialem z glowy. 

Ostatecznie udalo sie!! Przejechalem 173 km pod wiatr z czego 163 bez uzupelniania zapasow! 18 godzin jazdy z max 15 min przerwami. Mam nowy rekord odcinka dziennego:) chociaz wiem, ze niewiele on znaczy bo jakbym jechal z wiatrem to ta odleglosc nie jest taka trudna do pokonania.

 

dzien 2 

 

Po maratonie dnia poprzedniego postanowilem jeden dzien odpoczac. Zwlaszcza, ze do nastepnego miasteczka jest ponad 120 km. Planowalem sie wyspac z rana ale sie nie udalo. Okolo 8 ktos mnie zbudzil pytajac czy nie jestem wulkanizatorem. Nie pozostalo nic innego jak powoli wstac i przekonac sie, ze na stacji po 2 strony ulicy tez brak prysznica. Pojecahalem zwiedzic San Antoni do Oeste. Zanim dojechalem do miasteczka od stacji(ok 5 km) skusilem sie na arbuza bo akurat sprzedawali. Musze przyznac, ze nie byl tak smaczny jak Brazylijskie. Pokrecilem sie po calkiem przyjaznym miasteczku chociaz nie ma ono jako takich atrakcji turystycznych. Dotarlem do hipermarketu, zakupilem jedzenie i poszedlem do parku na przeciwko je skonsumowac. Jak tak sobie siedzialem podszedl do mnie lokalny zul. Na oko dobre 100 kg wagi i cos jadl zagadujac. Uparcie zadawal pytania, a ja staralem sie odpowiadac lub nie. Jakos sie nie zniechecal, az mnie to zastanawialo. W koncu wyszlo o co mu chodzi. Pozostalo mi pol arbuza. Zul najpierw mowi, ze smaczne itp. Po czym pyta wprost czy go nie poczestuje. Generalnie to nawet bym sie i podzielil ale nie z natretem, ktory beda zulem ma nadwage. Przy czym jak widzialem w ciagu godziny 3 czy 4 osoby podeszly dac mu cos do jedzenia. Natomiast on jak widac byl wybredny i mial akurat ochote na arbuza, a nie to co laskawie dostal. 

Po najedzeniu sie poszedlem na cos ala plaza gdzie sie polozylem i zasnalem. Ku mojemu zdziwieniu byl odplyw i jak sie zbudzliem woda byla ponad 100 m ode mnie.

Wieczorem zmienilem stacje na YPF. Jakby ktos jechal ta trasa to warto podjechac te dodatkowe 100 m niz spac na shellu. Na YPF jest plot ktory chroni przed wiatrem, a z rana daje cien;)

 

dzien 3

 

Do przejechania mialem sporo ponad 120 km. Jakos jednak po niedawnym wyczynie nie robil ten dystans juz na mnie takiego wrazenia. Poczatkowo mialem troche pod wiatr pozniej jednak ustal i reszte drogi mialem prawie bezwitrzna co jak na Patagonie mnie zasokczylo. Dojechac mialem do miasteczka Sierra Grande co sugeruje jakies gory, a ja od dawna mam tylko rownine. Dopiero pod wieczor domyslilem sie o co chodzi. Posrod rowniny w pewnym momencie wyrasta male pasemko gorskie, ktore z daleka robi nawet calkiem niezle wrazenie. Samo miasteczko jest za to idealne do zatrzymania. Sa tutaj 4 stacje benzynowe. Prysznic jest tylko na ostatnich 2(Esso i YPF) przy poludniowym wyjezdzie. 

Odnosnie trasy to okolo 30 km za San Antonio jest kolejna mala stacyjka(skrzyzowanie tras 3 i 23) gdzie mozna uzupelnic zapasy wody i jedzenia. Przez nastepne 90 km do Sierra Grande nie ma niczego. 

 

dzien 4

 

Zostalo nieco ponad 130 km do Puerto Madryn. Jazda minela szybko i przyjemnie. Okazalo sie ze zaraz obok stacji jest duzy supermarket La Anonima co ulatwilo zebranie sie. Ostatecznie ruszylem okolo 11:30. Bylo dosyc goraco ale nie mialem wyboru. Malym utrudnieniem bylo brak oznakowania kilometrow przy drodze przez co nie wiedzialem ile juz mam przejechane. Po okolo 40 km napotklem kontrole na granicy prowincji. Po raz pierwszy ktos chcial ode mnie paszport w Argentynie. Plusem jest dostep do wody w tym miejscu i mozliwosc uzupelnienia zapasow. Po kolejnych 8 km jest mala restauracyjka. Wzbudzilem tam zainteresowanie 3 przyjaznych motocyklistow. Po raz 2 w czasie tego wyjazdu ktos robil sobie ze mna i moim rowerem zdjecie:) po raz kolejny nazywajac mnie wariatem;)(el loco). Przy okazji dowiedzialem sie, ze jakies 50 km przede mna jest 2 rowerzystow. Szczerze mowiac nie spodziewalem sie ich dogonic. Mialem jednak wiatr lekko w plecy i nadspodziewanie duzo sil. Musialem jechac naprawde szybko bo wykorzystywalem najszybsza przerzutke co mi sie wczesniej tylko z gorki zdarzalo. W efekcie w jakies 3 godziny przejechalem ostatnie 70 km. Pokonujac w ten sposob okolo 120 km w 8.5 h. Co ciekawe jakies 20 km przed Puerto Madryn dogonilem tych 2 rowerzystow. Okazalo sie ze sa to Argentynczycy. Jada rowerami od Bahia Blanca. Dokladniej od Rio Colorado bo powiedzieli, ze byl silny wiatr i zdecydowali sie na rowerostopa. Nazwali sie rowniez lekkoatletami. Czyli ja zasiedzialy przed komputerem grubas po lacznie ponad 100 dniach jazdy na rowerze mam duzo lepsza kondycje od tych sportowcow:). Jak ruszylismy chcieli utrzymac moje tempo ale wymiekli po niecalych 5 km, a dla mnie byl to juz okolo 35 km bez odpoczynku!. Ciekawy byl ten nadmiar sil i energi ale moze to z radosci, ze nie mialem pod wiatr;).

Zla wiadomscia byl natomiast brak prysznica na stacji i nie najlepsza miejscowka na spanie pod namiotem. Nie bylo za bardzo gdzie sie schowac przed wiatrem ale na szczescie w nocy nie wialo. Szczescie natomiast sie do mnie usmiechnelo bo obok mnie stala furgonetka z 2 Argentynczykami, ktorzy zaprosili mnie na darmowe hamburgery:). Po przegadaniu z nimi paru godzin stwierdzilem, ze w koncu moge rozmawiac po hiszpansku!! Nadal mam spore problemy ale jestem juz na poziomie komunikacyjnym, a od tego momentu jest duzo latwiej.