droga Comodoro Rivadavia - Rio Gallegos

( 0 Votes ) 

Do przejechania mam niecale 800 km(trasa). Prawie caly odcinek miesci sie w prowincji Santa Cruz, ktora jest wielkosci Polski ale zamieszkala przez mniej niz 0.3 mln ludzi. Jak sie okaze bedzie to masakryczny odcinek. Droga niby prosta ale wiatr sprawi, ze nie bede mogl ujechac wiecej niz 50 km dziennie. Chociaz ciezko nazwac to jazda kiedy tak samo czesto sie idzie prowadzac rower. Temperatura spadnie o tyle, ze bede musial ubrac buty bo dotychczas caly czas jade w japonkach. Niedawno zakupiona kurtka okaze sie za to bezcenna:).

 

 

1 dzien

 

Spedzilem 3 noce w ogrodku wlasciciela warsztatu rowerowego i w ten sposob przeczekalem weekend. Poniedzialek jako dzien pracujacy pozwolil mi naprawic rower i ruszyc dalej. Lacznie wymienione zostaly:

- oba lozyska w przednim i tylnim kole. Po zdjeciu przedniego kola stwierdzilem, ze to lozysko nie wytrzymaloby kolejnych 50 km. 

- 2 klocki hamulcowe

- linka od przedniego hamulca

- prawie caly rower popsikany odrdzewiaczem

- smarowanie lancucha

Dodatkowo nie musialem za to placic:). Nie udalo sie za to wyprostowac kierownicy i musze jechac z troche skrzywiona:(. Po dokladniejszym przyjrzeniu sie stwierdzam, ze wymiany wymagaja obie felgi. Idzie na nich jechac ale sa strasznie zdewastowane od mojej zjazdy z gorki bez hamulcow 3 dni wczesniej. Bagaznik rowniez moze sie niedlugo rozleciec. Widac slady gdzie rdza go przezera. Najwazniejsze, ze znowu moge na rower wsiasc i jechac dalej.

Zrobilem jeszcze pozegnalne zdjecie i w droge. Z usmiechem na twarzy jechalem pierwsze kilometry wsluchujac sie w brak stukotu ani innych dziwnych dzwiekow dochodzacych z roweru. Troche zbladzilem i wyladowalem na drodze nr 26 ale szybko wrocilem na 3. Ostatecznie przejechalem lacznie okolo 15 km. Na tym odcinku 2 razy spadl mi lancuch. Za pierwszym razem zalozylem go spowrotem bez problemow. Za 2 bylo gorzej:(. Walczylem z nim jakies 45 min ale tak sie za klinowal, ze sie nie dalo. Zdolowany nie mialem wyboru jak ponownie zlapac stopa i wrocic do mojego mechanika. Tak jak przypuszczalem aby wyciagnac lancuch trzeba bylo odkrecic zembatki. Okolo 16 udalo mi sie 2 raz ruszyc w droge. Tym razem skutecznie:).

Odcinek do Caleta Olivia jest bardzo ladny widokowo. Przez pierwsze 20 km jedzie sie przez gorki i widac surowosc tutejszego klimatu. Zwirowa pustynia na wzboczach schodzaca do moza. Prawie calkoity brak roslinnosci poza malymi kepkami czegos ala trawa. Do tego piekne klify. Po drodze spotyka sie kontrole policji na granicy prowincji. Ciekawscy gliniarze zapytali o paszport i musialem go wygrzebywac:(. Woze go schowanego na dnie plecaka i aby sie do niego dostac musze sie prawie calkowicie rozpakowac.. Jakies 3 km wczesniej zlapalem natomiast gume w przednim kole:(. Na szczescie mam juz taka wprawe, ze wymiana trwala niecale 15 min;). Po przejechaniu gorzystego odcinka zaczyna sie jazda wzdluz pieknego wybrzeza. Wlasnie w takich momentach mozna sie w 100% cieszyc z jazdy rowerem i powolnego podziwiania wszystkiego co jest dookola.

Zanim zapadla zupelna ciemnosc udalo mi sie dotrzec do celu. Dokladniej do stacji YPF przed miastem. Tym razem wyposazonej w goracy darmowy prysznic:).

 

2 dzien

 

Latwy 74 km odcinek. Bardzo szczesliwy dzien. Postanowilem poszukac warsztatu rowerogo bo zapomnialem sie zaopatrzyc w latki i klej. W pierwszym dostalem za darmo latki. W kolejnym rowniez za darmo latki i klej. Okazalo sie ze jakies 10 km za Caleta Olivia jest rezerwat gdzie mozna poogladac kolonie fok wylegujacych sie na plazy. Wstep za darmo:). Przy wjezdzie do rezerwatu facet sprzedawal czeresnie mi sie udalo dostac oczywiscie za darmo:). Przejechanie do kolejnego miasteczka Fitz Roy bylo latwe szybkie i przyjemne. Na miejscu okazalo sie, ze nie bardzo jest gdzie sie rozbic przy stacji. W zasadzie sa 2 jedna przed wioska a druga w samym centrum. Za to jest camping przy ostatnim domku. Oczywiscie szczesliwy dzien i nie bylo wlasciciela a syn pozwolil mi sie rozbic za darmo:). Chwile pozniej przyszedl niemiec, ktory dojechal tu stopem i mialem dodatkowo towarzystwo do pogadania na wieczor:).

 

3 dzien

 

Przez nastepne 2 dni do przejechania mialem znowu trudny odcinek 270 km z 1 stacja mniej wiecej po srodku. Na dzien dzisiejszy przypadlo 132 km. Po drodze nic poza pustynia. Jechalo mi sie za to sprawnie i szybko bez wiekszych przygod. Zmeczony ale nie wykonczony mialem w nagrode wifi i darmowy prysznic na miejscu. Jezeli chodzi o nocleg to najlepsze miejsce bylo zamienione w toalete. Czasami nie rozumiem ludzi. Maja darmowy WC 30 m dalej ale oni wola nasrac za kamieniem, za plotkiem czy gdziekolwiek byle nie isc tej kosmicznej odleglosci. Stanowi to tutaj o tyle problem bo trzeba sie rozbijac w miejscach oslonietych przed wiatrem, a niestety takie sa zazwyczaj zasrane..:(.

 

4 dzien

 

Okazalo sie ostatecznie, ze do przejechania mialem 138 km bo stacja jest 5 km przed Puerto San Julian. Wyruszylem w miare wczesnie jak na mnie przed 10. Spodziewalem sie sprawnego przejazdu i tak bylo przez pierwsze 40 km. Pozniej pojawil sie zajebiscie silny wiatr boczny. Tak silny, ze raz dal rade mnie przewrocic jak szedlem z rowerem. Kolejne 25 km zajelo mi okolo 4 godzin. Jechac sie dalo tylko z gorki albo po prostej na najlzejszej przerzutce. Wiatr wial z boku gdyby byl prosto w gebe to moglbym tylko prowadzic rower o ile dalbym rade. Przesladowal mnie on do okolo 110 km. Zszedl prawie caly dzien a ja sie strasznie wloklem. Do tego wymagalo to sporo wysilku bo caly czas mnie znosilo na pobocze. Co ciekawe mialem okolo 2100 kilometra 4 km odcinek w dol. Calkiem ostry zjazd niestety pod wiatr i musialem pedalowac, zeby jechac!!. Bylem mocno zmeczony i zaczalem sie rozgladac za oslonietymi miejscami na nocleg przy drodze. Niestety, wszystkie ale to wszystkie byly zasrane!! Ludzie jada samochodem stacje sa najwyzej co godzine nie wierze aby nie dali rady wytrzymac. Pod tym wzgledem Argentyna w 100% przypomina niestety Polske:(. Ostatecznie wykonczony dojechalem troche po polnocy.

 

5 dzien

 

Zrobilem sobie 1 dniowe wakacje w Puerto San Julian. Bardzo przyjemna miejscowka. Przy wjezdzie do miasta jest wielki supermarket La Anonima. Na stacji benzynowyej gdzie nocowalem jest prysznic i darmowy internet. Samo miasteczko natomiast jest malutkie ale ma w sobie to cos czego nie ma wiekszosc miast. Glowna atrakcja dla ktorej przybywaja tu ludzie jest rezerwat przyrody na pobliskiej wysepce gdzie zyja sobie pingwiny i inne stwory morskie. Niestety wycieczka na wyspe to A$160 co jest poza moim zasiegiem. Zwlaszcza,ze licze zobaczyc pingwiny gdzie indziej;). Inna lokalna atrakcja jest swietnie zachowany statek z czasow gdy rzadzili tu hiszpanie. Pieknie odrestautowana drewniana konstrukcja sprawia super wrazenie. Cena za zwiedzenie dla obcokrajowcow A$12. Kolejnym ciekawym miejscem jest pomnik zrobiony z mysliwca Mirage-5 upamietniajacy bitwe o Malediwy. Ostatecznie dzien minal calkiem przyjemnie zwlaszca, ze obzeralem sie jak tylko moglem aby uzupelnic ubytek wagi po ostatnim odcinku:).

 

6 dzien

 

Zastanawialem sie czy nie zostac jeden dzien dluzej w San Julian ale ostatecznie ruszylem dalej. Z rana zauwazylem rozbity obok mnie 2 namiot. Okazalo sie, ze to hiszpanie jezdzacy sobie tutaj na stopa. Wyjechalem po 11 mimo iz wialo dosyc silnie. Ocenilem jednak, ze wiatr jest slabszy niz 2 dni wczesniej i jakos dam rade;). Przejechanie pierwszych 40 km zajelo mi 5.5h!!. Mialem wiatr z boku albo pod katem w gebe:(. Na szczescie okolo 17 wiatr zlagodnial i przez nastepne okolo 4.5 h zrobilem 70 km. Minolem po drodze najwieksza depresje Ameryki Poludniowej -105m. Zrobilo sie ciemno i zostalo ostatnie 11 km. Na 6 km przed stacja mialem niestety drobny wypadek:(. Jadac oswietlalem droge latarka ale niespodziewanie pojawil sie na asfalcie calkiem spory kamien. Nie zdolalem go ominac i przyliczylem glebe:(. Na szczescie nic wielkiego mi sie nie stalo. Rower tez nie ucierpial. Poobdzieralem lekko dlonie i lewe kolano. Musialem jednak po upadku automatycznie wstac i odsunac rower z drogi bo z przeciwka zmierzal tir. Nastepnie 5 min dochodzenia do siebie. Sprawdzanie strat i dalej w droge. Koncowke jechalem juz bardzo wolno ze strachu przed kolejnym kamieniem i ze wzgledu na obolale dlonie. Za to na stacji wzialem sobie dlugi darmowy goracy prysznic:).

 

 

7 dzien

 

Dzien odpoczynku. Nastepny odcinek jaki mam do przejchania to 240 km i w polowie jest stacja benzynowa. Czyli musialbym przejechac 120 km. Nie czulem sie na silach zeby robic taki wyryw. Do tego balaly mnie poobcierane dlonie po upadku dzien wczesniej. Rowniez wiatr mi nie sprzyjal bo silnie dawal z boku. W wyniku czego mialem dzien relaksu i wypoczynku. Pobliskie miasteczko Piedro Buena nie bylo zbyt zajmujace. W zasadzie poza paroma sklepami nic tam nie ma. Wyjatkiem jest super wypasiony plac zabaw dla dzieci.. 

Dodatkowo z rana spotkalem na stacji 2 belgow, ktorzy wyjechali z El Calafate i chca dojechac do Quito w Ekwadorze. Niestety w jednym z rowerow urwal sie lancuch i pozostalo lapac im stopa. Z tego co mowili to chca tak dojechac do Commodoro Rivadavi czyli okolo 500 km. Kolejni oszusci co omijaja trudniejsze odcinki;).

 

8 dzien

 

Troche zaspalem i obudzilem sie dopiero po 11. Pozostalo mi pojechac po zakupy, zjesc.. i zanim ruszylem byla 12:30. Wiatr boczny wydawalo mi sie, ze nie taki silny.. Mimo wszystko z optymizmem ruszylem liczac jak zawsze, ze jakos to bedzie. Po chwili wiatr nabral na sile i zaczal wiac w gebe. Po raz pierwszy nie dalem rady zrobic 50 km w ciagu calego dnia. Na 46 km sie zatrzymalem rozbijajac w jedynym miejscu gdzie nie wialo. Moglem jechac dalej ale stwierdzilem, ze to bez sensu. Nadal mialem silny wiatr w gebe i tylko bym sie dalej szarpal z predkoscia 7 km/h. Zaskakujace jest jak rozne odleglosci mozna pokonac w zaleznosci od kierunku wiatru. Gdy ma sie go w plecy to bez problemu mozna uzyskac srednia 20km/h w przeciwnym wypadku 1/3 z tego.. Jak na razie wlasnie cala trudnosc jazdy tutaj polega wlasnie na wietrze i ponad 100 km odleglosciach miedzy miejscami gdzie mozna nabyc cos do jedzenia i uzupelnic zapas wody. 

 

9 dzien

 

Po dniu poprzednim myslalem, ze gorzej byc nie moze. Mylilem sie. Przejechanie nastepnych 55 km zajelo mi ponad 12 godzin. Poruszalem sie z magiczna predkoscia ponizej 5 km/h. Droga w zasadzie prosta w miare cieplo. Jedyna trudnosc to zimny wiatr wiejacy z predkoscia ok 70 km/h prosto w gebe. W gratisie mialem deszcz. Niezle sie umeczylem, zjadlem reszte zapasow jedzenia ale dotarlem wieczorem juz po zmierzchu do restauracji. Na mapie mialem zaznaczona stacje benzynowa.. Liczylem, ze uzupelnie zapasy i chociaz troche sie najem. Niestety okazalo sie, ze to w miare ekskluzywna restauracja gdzie empanadas byly po A$6 sztuka!. Mala pizza wielkosci dloni A$20. Byl tez na szczescie maly regalik z ciastkami i slodyczami.. Na zewnatrz brak dobrego miejsca oslaniajacego przed wiatrem:(. Na szczescie w nocy tutaj nie wieje. Padniety polozylem sie spac marzac i ludzac sie, ze jutro nie bedzie wiatru albo bede mial go w plecy.

 

10 dzien

 

Z rana podczas pakowania sie podjechal do mnie rowerzysta z Francji co rowniez zdecydowal sie na przejechanie ruta 3:). Przekazal dobra wiadomosc, ze wiatr nie jest tak silny i da sie jechac. Zla informacja byla zapowiadana na popludnie wichura. Ma wiac z zachodu 100 km/h. Ruszylismy w droge. Po 20 pari kilometrach zrobilismy sobie przerwe. Francuz mial kuchenke i przygotowal makaron z sosem pomidorowym:). Cieply posilek, ktory dodal sil. Niestety w miedzyczasie wiatr sie nasilal. Po zjedzeniu pelni zapalu ruszylismy dalej. Nie ujechalismy dalej niz 5 km. Styl jazdy wygladal jakbysmy byli niezle pijani:). Co chwile zawiewalo mocniej z boku i znosilo na pobocze. W koncu zerwala sie taka wichura, ze przejscie 100 m z rowerem zajmowalo 15 minut. Zapierajac sie z calych sil i tak sie wypadalo z pobocza. W trakcie jak mijal tir to mimo zacisnietych hamulcow i pozycji wydawaloby sie nie do ruszenia zawsze mnie cofalo o pol metra. Poddalismy sie. Schowalismy sie w dolince gdzie nie wialo i postanowilismy poczekac do nocy. 

Okolo 21 wiatr troche oslab. Zebralismy sie i spowrotem ruszylismy do walki o kolejne kilometry. Do najblizszego miasteczka zostalo nam 75 km. Chyba nie musze wspominac o zimnie w nocy. Ubrany w podkoszulek, bluze, polar i kurtke mialem wrazenie ciepla. Jechalem tak do 4 nad ranem. Po przepoceniu bylo jeszcze zimniej. Nie moglem sie zatrzymac na dluzej niz 5 min bo wtedy robilo sie lodowato. Jedynie podczas jazdy i wysilku ogrzewalem sie do tego stopnia, ze dalo sie wytrzymac. Chociaz mimo tego stopy mialem sztywne i praktycznie bez czucia. Umowilem sie z Francuzem na stacji benzynowej w najblizszym miasteczku. Niestety stacji tam nie znalazlem. Zatrzymalem sie przy policyjnym punkcie kontroli. Mily policjant zaproponowal mi ciepla wode do butelki, ktora pozniej wlozylem sobie do spiworu miedzy stopy i bylo miodzio:). Spac poszedlem jak juz robilo sie jasno okolo 5 nad ranem.

 

11 dzien

 

Do Rio Gallegos zostalo 25 km i to z wiatrem. Podczas tego ktorkiego odcinka przypomnialem sobie, ze jazda moze byc latwa, szybka i przyjemna. Po dojechaniu na pierwszej stacji YPF zastalem internet niestety brak prysznica.