droga Rio Gallegos - Punta Arenas

( 0 Votes ) 

Jak sie okaze bedzie to moj ostatni 270 km rowerowy odcinek(trasa). Z Rio Gallegos przyjdzie mi 3 krotnie wyjezdzac zanim ostatecznie opuszcze to miasto. Bede musial rowniez podjac trudna decyzje i ostatnie 120 km przejechac na stopa:(. Silny wiatr bedzie mi towarzyszl na kazdym kroku. Stan techniczny roweru nie pozwli mi natomast kontynuwac dalszej jazdy.

 

 

1 dzien

 

Zmobilizowalem sie zeby wczesnie wstac. Budzik ustawilem na 5:30. Plan jest taki aby dojechac jak najdalej zanim zacznie wiac silny wiatr. Ostatecznie ruszylem o 7. Wczesniej wypilem goraca herbate jej moc rozgrzewcza jest nie do opisania:). 

Do granicy jest jakies 68 km. Pierwsze 34 km poszly w miare szybko sprawnie i przyjemnie:). Niestety wiatr sie nasilal. Doklanie w polowie tej drogi jest zakret, o 90 stopni i trzeba jechac przez okolo 3km na zachod. Czyli pod wiatr. Przed zakretem zrobilem sobie przerwe na sniadanie. Gdy spowrotem wrocilem na droge bylo juz za pozno:(. Wiatr z predkosci okolo 70-80 km/h w gebe sprawial, ze przejscie tych 3 km strasznie powolne. Co 200 m musialem robic odpoczynek. Gdy stalem w miejscu i rower zostawialem na zacisnietych hamulcach to sam sie cofal do tylu.. W koncu jednak droga skrecila spowrotem na poludnie i wialo juz z boku. Tempo poruszania wcale nie przyspieszylo:(. Wpadlem za to na pomysl aby przeniesc sie na pobocze, ktore jest troche ponizej poziomu asfaltu. To byl genialny pomysl bo bylem w wiekszosci osloniety i znowu moglem jechac. Byla to najwolniejsza przerzutka ale przynajmniej jechalem a nie szedlem. 19 km przed granica zatrzymalem sie na ostatni posilek i zjadlem czekolade:). Ruszylem dalej przejechalem 500 m i... dupa. Kwiatek wkrecil sie do przerzutek i je rozwalil. 4 godziny walczylem z rowerem. Niestety nie udalo mi sie spowrotem zamontowac przerzutek. Nie musze wspominac, ze odbywalo sie to przy 70-80 km/h wietrze. Rower mi sie co chwile przewracal a ja tylko klalem bo juz mi nic innego nie pozostalo. Nie bylo wyboru musialem zawrocic:(. Stopa jak zwykle zlapalem w 10 min i bylem juz w drodze powrotnej. Wysadzono mnie w nieznanej okolicy Rio Gallagos i musialem sie troche nachodzic zanim znalazlem znane mi miejsca. Druga proba wyjechania z miasta sie nie powiodla:(. Wedlug prognozy jutro w dzien wiatr ma wiac ponizej 40 km/h czyli daloby sie jechac po tym jak mi rower naprawia.

 

2 dzien

 

Z rana pojechalem do juz mi znanego warsztatu rowerowego. A tu zonk zamkniety. Wedlug rozpiski powinien byc otwarty od 10 ale nikogo nie ma. Poczekalem 30 min i nadal sie nikt nie zjawil. Poszedlem sie przejsc i po powrocie w koncu zobaczylem otwarte drzwi. Chlopaczek co mi naprawial poprzednio rower zabral sie do roboty. Po 15 min mnie wola, ze sie nie da go naprawic. Rama do ktorej mocowane jest tylnie kolo byla zbyt wyrobiona. Pokazuje mu, ze ma wziasc mlotek i sila wykrzywic rame spowrotem. Dopiero wlasciciel zajarzyl. Wystukali wypukali. Po 30 min dostalem rower ale po minie chlopaczka widac bylo, ze nie ma ochoty go juz wiecej dotykac. Przerzutki zamontowal na plastikowym zacisku bo inaczej nie dzialaly. Popatrzylem i zauwazylem, ze jest luz w tylnim kole. Lozysko zmienione 3 dni temu juz sie rozlecialo podczas mojej jazdy poboczem:(. Nie chcac go wymieniac ruszylem w droge. Wyjatkowo byl slaby wiatr ok 40 km/h i dalo sie jechac. Dziwne ma sie uczucie mijajac miejsca gdzie wczesniej nie szlo sie jechac, a teraz pomykalem i to czasami nawet bylo z gorki. 3 dni wczesniej mialem momenty gdzie ledwo dalo sie ujsc z rowerem, a tym razem droga byla bardzo latwa. Zadziwiajace jest jak ten sam odcinek drogi 1 dnia moze byc masakryczna meczarnia, a 2 mily latwy i przyjemny.. Nie wspominajac tego, ze przerzutki przestaly dzialac:(. Dojechalem do granicy i tam sie zatrzymalem na noc. Zaprzyjaznilem sie z 1 z pogranicznikow i dostalem ciepla wode na herbate. Nocke spedzilem na siedzaco w poczekalni ale za to mialem cieplo:).

 

3 dzien

 

Przekroczylem granice i podjechalem do odprawy po stronie Chilijskiej a tam kolejka na dobra godzine czekania:(. Do wypelnienia sa 2 druczki. Z czego to jeden, ze sie nie ma przy sobie owocow, warzyw, mleka, sera, miesa itp pod grozba 170 USD kary. Celnikowi na szczescie nie chcialo sie szczegolnie przegladac mojego plecaka i nawet nie musialem go sciagac z roweru:). Pierwsze 30 km poszlo w miare szybko. Pogoda dopisywala co znaczy, ze bylo pochmurnie i deszczowo ale bez silnego wiatru. Popludniu sie jednak rozpogodzilo. W efekcie pojawila sie pedzaca z predkoscia okolo 80 km/h sciana powietrza prosto w gebe. Nie dalo sie nawet isc i musialem sie schowac. Przesiedzialem tak do 19 kiedy to znowu przyszly chmury i deszcz. Tym razem nie byly juz tak przyjemne bo sie ochlodzilo i przemokniecie w temperaturze ponizej 10 stopni to nie jest fajna sprawa. Zwlaszcza, ze nie schowam sie nigdzie pozniej i nie ogrzeje. Podjechalem tak do rozjazdu drog w kierunku na Ushuaia i Punta Arenas. W zasadzie od 2 dni sie zastanawialem co w tym miejscu zrobic. Ostatecznie zdecydowalem sie jechac do Punta Arenas. Glowny powod to rozwalone lozysko w tylnim kole. Jechac sie na nim dalo ale zaloze sie,ze 30 km szutrowej drogi i by sie rozpadlo. A do przejechania jest okolo 200 km szutrem. Okolo 21:30 ruszylem dalej ze wzgledu na brak miejsca gdzie moglem sie rozbic i przespac. Poszukiwanie dobrego miejsca troche mi zajelo. Znalazlem je dopiero w opuszczonym hangarze w estancionamento San Gregorio o 1:30 w nocy. 

 

4 dzien

 

Zostalo okolo 130 km. Ruszlem w droge i daleko nie zajechalem. Po 300 m uderzyl wiatr w gebe mnie zatrzymal. Pozostalo go forsowac idac. W nocy widzialem swiatla z terminal San Gregorio i wiedzialem, ze jest niedaleko. Na mapie mialem zaznaczona w tym miejscu stacje. Zaparlem sie i walczac o kazdy centymetr szedlem do przodu. Przejscie 10 km zajelo mi 4 godziny. Po drodze zjadlem ostatnie zapasy jedzenia, ktore mialem ze soba. Doszedlem do stacji i tu moje kompletne rozczarowanie. Stacja to budka wielkosci 2 na 2 metry i 2 dystrybutory. Zero mozliwosci kupienia czegokolwiek poza benzyna. Wiatr wial w gebe z predkoscia okolo 60-70 km/h. W tutejszych warunkach szybko sie czlowiek uczy oceniac sile wiatru:). Do 50 km/h da sie jechac. Ponizej 80 da sie isc. Powyzej 80 mozna sie tylko schowac i czekac. Musialem podjac trudna decyzje ale wydaje mi sie jedyna sluszna. Z powodu braku jedzenia i drogi przez nastepne 65 km pod wiatr nie moglem kontynowac jazdy. przejechanie ostanich 120 km zajeloby mi okolo 2 dni, a bez jedzenia bylaby to totalna meczarnia. Postanowilem zlapac stopa.. Po godzinie siedzialem juz w aucie a po 2 bylem w Punta Arenas. Byl to ostatni odcinek jaki pokonalem rowerem. Nie chce inwestowac w jego naprawe dla przejechania ostatnich 500 km do Ushuaia. Zwlaszcza, ze wymagaloby to wymiany tylniej felgi, lozyska i mechanizmu przerzutek. Postanowilem, ze sproboje tutaj kupic motor i na nim dojechac do Ushuaia. 

Po przejechaniu okolo 9000-9500 km rowerem stwierdzam, ze dotarl on do kresu swoich mozliwosci. Jak na starego zloma jakiego zakupilem w Belem to i tak kozica okazala sie twarda sztuka. Pozostaje pamiatkowe zdjecie i sam sie musze zasatanowic co z nim teraz zrobic..