Droga Florianopolis - Porto Allegre

( 1 Vote ) 

Droga pomiedzy stolicami stanow Santa Catarina i Rio Grande do Sul zajela mi 6 dni i zrobilem niecale 500 km(trasa). Poczatkowo jechalem po plaskim terenie aby potem wjechac na 1 dzien na plaskowyz brazylijski obejrzec jeden z bardziej znanych kanionow cânion itaimbezinho. Pozniej malownicza trasa RS-020 dojechalem do Porto Allegre.

1 Dzien
Ruszam ze stacji benzynowej na obrzezach Palhoça. Zanim jednak tutaj dojechalem dzien wczesniej mialem plan, zeby zatrzymac sie na noc we Florianopolis bo padalo. Niestety nie znalazlem zadnego taniego hostelu w historycznej czesci miasta(najtanszy hostel R$35). Zaszedlem do jednego dormitorio zapytac o cene to mi powiedziano R$40 jak dla mnie za drogo. Pozostalo zalozyc peleryne i ruszyc w deszczu. Problem w tym, ze musialem pokonac 2 km most laczacy wyspe z ladem i z ktorego poprzednim razem mnie odeskortowala ochrona autostrady. Tym razem pognalem ile sil w nogach i nikt mnie zatrzymal ale jazda 4 pasmowka bez pobocza tylko barierka to hard core. Autobusy mijajly mnie o pare centymetrow na szczescie byl korek i ruch nie odbywal sie z duza predkoscia. Dojechalem do stacji benzynowej zaPalhoça jak juz sie sciemnialo i widze juz rozbity namiot na trawce. Podchodze sie pytac czy tez moge sie rozbic a to sie okazuje ze to mandeiras(portugalskie okreslenie wloczegow, ktorych ja nazywalem obiezyswiatami). Nawalona kobieta odpowiedziala mi, ze nie ma problemu ale ja juz wiedzialem, ze nie chce spac kolo tych ludzi. Poszedlem na druga czesc stacji znalazlem kolejne miejsce z fajna trawka i tam sie rozbilem. Przy okzaji mijalem pod restauracja parke siedzaca na 2 wielkich walizkach z kolkami. Przykulem rower i poszedlem spac. Z rana zobaczylem parke z walizkami siedzaca pod drzewem kolo mnie i ktos mi podpierdzielil 1 z linek, ktora uzywalem do montowania placaka na bagazniku. W sumie niewielka strata ale musialem sie cofnac do miasta zeby kupic kolejna. Spakowalem sie i juz mam ruszac a tu podchodzi do mnie facet od tej 2 co siedza na walizkach i pyta czy nie dam mu zadzwonic z telefonu. Wkurzylo mnie to troche bo podejrzewam, ze to oni zwineli mi ta linke i jeszcze nie maja wstydu pytac o telefon. Zamontowalem plecak na 1 linke i pojechalem do najblizszego hipermarketu. Niestety nie znalazlem tam linek ale okazalo sie, ze plecak calkiem niezle trzyma sie na 1 i mozna z nim jechac. Droge mialem po plaski to przejechalem okolo 100 km do miasteczka Laguna. Bylo juz ciemno, a stacja do ktorej dojechalem lipna. Tzn bardzo wietrzna, bez trawy i wszedzie smierdzialo moczem. Pozostalo mi sie rozbic na kostce brukowej jak najblizej stacji a i tak smierdzialo. Caly namiot mi przesmierdl moczem i dopiero po 3 dniach udalo mi sie go przewietrzyc. Dziwi mnie nieraz lenistwo ludzi jak do kibla mieli 15 m a wola odlac sie pod samochodem..
2 dzien
W zasadzie prosta droga do Araranguá. Przejechalem troche ponad 100 km. Nocleg przy stacji w namiocie przesmierdnietym moczem:/. Po drodze ladne krajobrazy zieleni i pasacych sie krowek.
3 dzien
Zatrzymalem sie na sniadanie w malym przytulnym miasteczku gdzie mi troche zeszlo do poludnia i przy okazji kupilem nowe linki do roweru. Do przejechania mialem tego dnia 60 km to nie bardzo sie spieszylem. Popoludniu zjechalem z glownej drogi BR-101 na SC-450 i dojechalem nia do Praia Grande. Zaraz za tym miasteczkiem zaczynal sie ostry podjazd pod gorke i nie chcialem sie juz wieczorem na niego pchac. Nie bylo tez za bardzo gdzie sie rozbic bo okoliczny teren to mokradla na ktorym uprawiany jest ryz. Troche z lenstwa troche z ciekawosci postanowilem pojsc na camping. Nie byl on tani bo kosztowal R$15 ale za to udostepniono mi komputer z internetem. Niestety komputer caly czas sie zawieszal tak, ze nie bardzo skorzystalem. Ale mialem prysznic i normalna lazienke do dyspozycji, a z rana moglem zjesc sniadanie przy stole a nie jak zazwyczaj na krawezniku albo schodkach przy sklepie:). Czyli jak dla mnie zaoferowalem sobie niezly luksus:). 
4. Dzien
Po sniadaniu leniwie ruszylem z mojego campingu przy hostelu. Z rana zostal w zasadzie na mnie wymuszony wpis do ksiazki pamiatkowej.. Bynajmniej w koncu ruszylem i czekal mnie jak juz sie dowiedzialem 17 km odcinek pod gorke z wysokosci ok 50 do 1000 mnpm. Podjechalem jakies 2 km zsiadlem z roweru i zaczlem go pchac. Na pocztku bylo wygodnie bo po asfalcie. Pozniej asfalt na zmiane z szuterm, a od polowy drogi juz sam szutr. Podejscie to zajelo mi 4 godziny ale znow bylem na plaskowyzu brazylijskim. Przy okzaji na szczycie zmienilem stan i bylem juz w Rio Grande do Sul. Pozniej kolejne 7 km na zmiane musialem isc albo po kawalku podjezdzac rowerem bo kamienie na szutrze nie pozwalaly jechac. W nagrode po poludniu mialem piekny widok na canion Itaimbezinho. W calej okolicy jest jeszcze pare innych kanionow do zwiedzenia. Mozna je ogladac od dolu ale wtedy trzeba wynajac przewodnika albo od gory placac tylko czasami za wejscie do parku narodowego. Okolo 18 wyjechalem z parku i pojechalem dalej w kierunku drogi asfaltowej. Zanim do niej dotarlem bylo juz dawno ciemno i rower prowadzilem dobre pare kilometrow. Wczesniej probowalem sie rozbic przy drodze ale ochrona parku narodowego mnie wypatrzyla i powiedzieli, ze mam sie zwijac. Po ciemku szukanie noclegu jest bardziej czasochlonne wiec sobie jechalem droga az cos wypatrze. Kolo 22 udalo mi sie znalesc calkiem przyjemne miejsce przy drodze pocznej prowadzacej do lasu.
5 dzien
Zanim zjechalem z plaskowyzu odwiedzilem ladne miasteczko Sao Francisco de Paula. Po drodze mialem naprawde piekne widoki. Cudowna stepowa zielen na pagorkach z pasacymi sie krowkami. Do tego raz po raz lasy iglaste. Ten odcinek drogi RS-020 polecam jak ktos ma okazje nim pojechac. Popludniu zjechalem znowu do poziomu okolo 100 mnpm do miasteczka Taquara gdzie po drodze mijalem nadal otwarty supermarket a bylo juz ciemno i do tego niedziela. Najadlem sie i postanowilem kontynuowac jazde w nocy az znajde jakies miejsce do spania. Po przejechaniu z odcinkami na pieszo okolo 20 km rozbilem sie w trawie zaraz przy drodze. Niestety bylo to blisko jakies wioski i zweszyly mnie psy przez co szczekaly przez dobre 2 godziny az im sie znudzilo.
6 dzien
Wstaje leniwie wychodze z namiotu i widze chmurki. Przeciagam sie i czuje pierwsze krople deszczu. W tym momencie ekspresowe przebudzenie i pakowanie namiotu. Zdazylem zanim sie rozpadalo na dobre. Caly dzien praktycznie jazdy w przerwach gdy nie padalo. Przy czym od godziny 18 nie mialem juz wyboru i musialem jechac w ulewie bo zostalo mi troche ponad 10 km do przejechania do polaka, ktorego poznalem w Rio i obecnie mieszka w Porto Allegre. Umowilem sie z nim o 20 ale dzien tego dnia wygasla mi waznosc karty w telefonie. Mialem za to karte do budki telefonicznej. Niestety proby polaczenia nie powiodly sie. Jak ktos bedzie w Brazyli to beda go czekaly przygody z telefonami przy kazdej zmianie stanu. Aby sie dodzwonic  na komorke trzeba znac operatora i kod panujacy w stani poza tym i tak jeszcze cos jest nie tak. Ostatecznie zostalem skazany na kolejne doladowanie mojego tutejszego czipa czego juz nie planowalem w Brazyli. Za to w koncu dojechalem i znow mnie czekal parodniowy wygodny nocleg w lozku