Droga Porto Allegre(Brazylia) - Posadas(Argentyna)

( 1 Vote ) 

Przejechanie tego 760 km odcinka zajelo mi 11 dni. Po drodze mijalem pustkowia gdzie odleglosc pomiedzy miastami wynosily nawet 100km. Poczatkowo nie mialem szczescia bo zlapalem 3 gumy na pierwszych 250 km ale potem juz bylo lepiej. Mimo ze ´koza´ tak ochrzcilem moj rower:) narzekala i wydawala ciagle dziwne dzwieki dala rade dotrzec do celu. Gorzej za to z namiotem bo popsul mi sie zamek zamykajacy glowne wejscie, a komarow i roznego robactwa coraz wiecej..

 

dzien 1(31 pazdziernik)
Planowalem wstac jak zawsze wczesnie rano. Nawet Pawla poprosilem, zeby mnie z rana obudzil jak bedzie wychodzil do pracy. Nie musze nikomu tlumaczyc jak sie to skonczylo. Przebudzilem sie, pozegnalem i poszedlem spac dalej:). Obudzilem sie okolo 10(w nocy wciagnalem sie w ksiazke otrzymana od Pawla ´Gildia Magow´ Trudi Canavan jeden z tomow trylogii czarnego maga). , zanim sie spakowalem zjadlem lunch u Brazylijskiej rodzinki itd zeszlo wszystko jakos do 13. Napompowalem powietrza w kolach i ruszylem. Zazwyczaj po parodniowych postojach ujawniaja sie nowe usterki w rowerze, tak tez bylo i tym razem. Tylnie lozysko zaczelo sie zacinac i nie wskakiwac ´na luz´ w momencie gdy przestawalem pedalowac. W efekcie czego lancuch zacinal kolo:(. Jakos sie tym specjalnie nie przejolem i jechalem dalej. Dojechalem do centrum w Porto Allegre ostatni Xis carnie, zeby utrwalic smak w pamieci. Po czym wielkimi mostami przejechalem na kolejne wyspy, az w koncu dojechalem na 2 brzeg zatoki. Czekala na mnie tam droga prosta jak stol, ktora sie przyjemnie pomykalo. Na noc rozbilem sie na dziko zaraz przed zjazdem na droge RS-401. Jak sie pozniej okazalo zaledwie jakies 200 m od faveli ale nikt sie akurat przy namiocie nie krecil. Bynajmniej z ludzi bo slyszalem tylko jakies zwierze, ktore w srodku nocy podeszlo obwachalo namiot i poszlo. Za to na drodze przez caly dzien mijalem mnostwo rozjechanych wezy na szczescie wygladaly na nie jadowite.

dzien 2
Caly dzien jazdy po drodze mijam ladny mostek. Wieczorem docieram do Vale Verde gdzie moim oczom ukazuje sie stacja benzynowa i sie wygodnie rozbijam tym razem na zielonej ladnie skoszonej trawce:),  Droga mniej wiecej plaska. Na drodze nadal sporo rozjechanych wezy. Atrakcja dnia byla tez guma w przednim kole.

dzien 3
Mijam Santa Cruz do Sul, ktore okazuje sie niemieckim miasteczkiem, w ktorym pare dni wczesniej odbywaly sie obchody Octoberferst. Niestety mijam je obwodnica i nie jest mi dane je obejrzec. Zatrzymuje sie na stacji okolo 40 km dalej w Candelarii.

dzien 4
Zaczynam od zmiany opony w przednim kole bo sie okazuje, ze dzien wczesniej pod wieczor zlapalem gume. Nie zdolalem nawet wyjechac z miasta i kolejna guma tym razem w tylnim kole. Przez co okolo 14 tak naprawde ruszam ale juz dalej bez przygod. Zatrzymuje sie jakies 20 km przed Santa Maria. Przy okazji ciagle przeklinam droge bo pobocze jest w fatalnym stanie i musze jechac pasem dla samochodow ciagle im ustepujac.

dzien 5 
Przez poprzednie pare dni mialem praktycznie plaska droge. Co mnie zaskoczylo to Santa Maria najwieksze miasto w regionie polozone jest na gorkach!. Nachodzilem sie po nim z rowerem bo byly calkiem strome. Jakos czas zlecial tak, ze nawet daleko pozniej nie zajechalem i zatrzymalem sie w okolicach Sao Pedro do sul. W zasadzie na zachod od Santa Maria rozciagaja sie juz tylko pustkowia po drodze jest pare malutkich miasteczek ale odleglosci miedzy nimi sa spore. 

dzien 6
Po calym dniu jazdy docieram do Jaguari. Pojawia sie coraz wiecej ptactwa i zamiast wezy na drodze czesciej widuje teraz rozjechane jaszczurki wielkosci malego kundla. W rowerze slysze rozwalone wszystkie 3 lozyska ale jade dalej liczac, ze sie calkowicie nie rozleca.

dzien 7 
Mijam po drodze Santiago ostatnie wieksze miesteczko gdzie moge ewentualnie naprawic rower ale dochodze do wniosku, ze jak idzie na nim jechac to nie wytlumacze co jest popsute i jade dalej. Wieczorem docieram do Unistaldy liczac, ze napotkam tam stacje benzynowa. Zwlaszcza ze przez nastepne 100 km nie ma niczego.. No i tym razem sie przeliczylem. Bylo cos ala stacja tyle ze nieczynna. Mimo wszystko robilem sie w jej sasiedztwie. Polozylem sie spac i lezac slysze ciagly szelest. W koncu decyduje sie sprawdzic co to no i widze swoje stare znajome. Rozbilem sie na mrowisku. Na szczescie to nie byla ta odmiana co tnie namiot ale i tak musialem sie zwinac i przeniesc pare metrow dalej. W Santiago dostaje za darmo puszke Coli na stacji:).

dzien 8
Z rana udaje sie do sklepu i robie zapas na caly dzien. Do miasteczka granicznego Sao Borja oddalonego o 100 km nie bedzie juz niczego. Jakos dzien zlatuje i jestem przy granicy. Co ciekawe nawet szybko mi poszlo.

dzien 9
Po 140 dniach opuszczam Brazylie. Pani na granicy nie potrafila sobie poradzic z moim przypadkiem jak sie dopatrzyla, ze sie zasiedzialem:). Musialem czekac na jej bardziej doswiadczonego kolege az wroci z lunchu. W koncu przyszedl i naliczyli mi kare R$670(1200 zl) do zaplaty jak bede chcial w przyszlosci wjechac do Brazyli(R$8.38 za kazdy dzien). Przy okazji nie mogli sie na dziwici co za debil mi wbil pieczatke na 60 dni a nie 90 przy wjezdzie.. kara bylaby wtedy o ponad 1/3 mniejsza. Potem granica Argentynska przyjazny celnik wbija mi wlasciwa 90 dniowa pieczatke. Odsyla na przeswietlenie bagazu. Przy okazji mowi ze nie moge po tej drodze do najblizszego miasteczka jechac rowerem. Zakaz juz widzialem pare kilometrow wczesniej przed mostem laczacym oba kraje ale go zignorowalem. Bagazu jakos przeswietlac mi nie chcieli tylko kazali jechac dalej. To sie rozpedzilem i pojechalem udajac, ze nie widze kolejnych zakazow jazdy rowerem. Do tego Argentyna przywitala mnie droga bez pobocza:(. Dojechalem do Samo Tome i pierwsze zaskoczenie SJESTA. Wszystko zamkniete mniej wiecej od 13 do 16. Do tego telefon przestaje mi dzialac bo GSM dziala na innym pasmie. Wymieniam ostatnie R$20 na Argentynskie peso i ruszam w droge. Docieram po 20 km do stacji gdzie sie zatrzymuje. Generalnie odczuwam pewien szok. W Brazyli czulem sie w pelni swobodnie i jakos sie oswoilem z tamtejsza kultura. W Argentynie co mi sie rzucilo pierwsze w oczy to cisza. Brazylijczycy to urodzone gaduly. Zawsze cos maja do powiedzenia i nie przeszkadza im to, ze nieraz kogos nie znaja. Argentynczycy za to pija na kazdym rogu jerba mate i prowadza spokojne rozmowy albo milcza. 

dzien 10
Meczarnia po Argentynskiej dordze bez pobocza. Zaczynam z sentymentem wspominac Brazylie. Do tego prosta droga ale z bardzo silnym wiatrem w gebe. Przez co jazda idzie mi bardzo wolno. Co gorsza ruch jest calkiem spory i co chwile musze zjezdzac na trawiaste pobocze, zeby przepuscic samochod jadacy z przeciwka. Przychodza mi do glowy statystyki, ktore mowia ze Argentyna jest bardziej rozwinieta gospodarcza od Brazyli ale po drodze zupelnie tego nie wiedac. Juz sie powoli zalamuje, ze jak takimi drogami bede musial jechac do Ushuai to bedzie niezla meczarnia. Az tu nagle wyjezdzam ze stanu Corrientes do Misiones i zmiana o 180 stopni. Pojawia sie piekna droga z szerokim poboczem o takim standardzie jakiego nigdzie w Brazyli nie widzialem. Niestety mam ja dopiero na ostatnich 6 km tego dnia. Zatrzymuje sie na stacji i pierwszy raz zagladam do supermarketu gdzie moge zobaczyc ceny towarow. Wszyscy mowili ze mialo byc taniej. No i jest taniej ale bez jakiegos szoku. Ceny jak w Polsce. Rozbijam sie na stacji przy rondzie 4 km od San Jose.

dzien 11
Z rana zaczelo padac i zrobilo sie w koncu troche chlodniej. Ostatnie 2 noce mialem bardzo gorace. Lezac prawie nagi w namiocie nie dawalem rady zasnac. Odczekuje do 11 az sie troche rozpogada i ruszam w dorge. Pozostalo mi 46 km, ktore przejezdzam bez wiekszych przygod. Reszte dnia mam pochmurna ale bezdeszczowa czyli idealna do jazdy. Wieczorem odnajduje Hostel gdzie sie zatrzymuje cena A$49(A$1=0.75zl).