Brasilia DF - Sao Paulo rowerem 1000 km podsumowanie etapu 2

( 1 Vote ) 

Trasa etapu 2.Po opuszczeniu stolicy administracyjnej udalem sie do stolicy biznesu a zarazem najwiekszej metropoli ameryki poludniowej zamieszkalej przez okolo 20 mln mieszkancow. Przejechanie okolo 1000 km zajelo mi 11 i pol dnia. Czyli tempo mialem rekordowe ale odcinek ten nie nalezal do latwych ani szczesliwych. Przejechalem po drodze przez 3 stany. Zjezdzajac z wysokosci okolo 1100 do 750 mnpm co jest moim najwieszym zaskoczeniem bo miasto lezy calkiem niedaleko oceanu.. Rower jest obecnie w oplakanym stanie.

 

Troche bardziej szczegolowo. Zaczynajac od szczescia to:
- zlapalem 3 gumy
- rozwalilem przednia felge
- popsul mi sie aparat
- zlamala mi sie glowna rurka od konstrukcji namiotu
- uzadlila mnie pszczola;)
Co do roweru to ostatecznie jego stan byl taki, ze go musialem prowadzic jak dojezdzalem na miejsce. Nie dziala zaden hamulec. Przednia opona przetarla sie od hamulca i wyskoczyla z felgi. Pekniete przednie lozysko w kole(nowym kole!). Luzy w pedalach. Nie dziala zadna przerzutka. Skrzywiony mechanizm od przerzutek tylnich. Winkiel na tylnim kole taki, ze zawsze ociera o rame. Tylnie montowanie blotnika powykrzywiane, ze nie idzie go zalozyc poprawnie. 3 z 5 detek dziurawe. Nie  moge narzekac tylko na siedzenie, rame i lancuch. 
Teraz jak wygladala trasa..
Po ostukaniu przedniej felgi drewnianym mlotkiem nadal bylo spore wybrzuszenie na feldze i nie dzialal przez to przedni hamulec, a tylni dzialal ledwo ledwo ze wzgledu na winkiel w tylnim kole. Postanowilem odwiedzic warsztat rowerowy. W pierwszym mi powiedzieli, ze nie sa w stanie naprawic przedniego kola. W drugim uslyszalem to samo przez co zdecydowalem sie na zakup nowej felgi i od razu opony bo byla lysa. W warsztacie sprzedano mi uzywana felge za R$30 mimo iz wczesniej nowe widywalem po R$20 ale za to sportowa wersja:). Do tego opona i nowe przednie klocki hamulcowe. Razem z montarzem wyszlo R$55. Jadac dalej zdziwilem sie troche bo nagle pojawila sie droga rowerowa i coraz wiecej rowerzystow. Po jakims czasie dopiero sie zorientowalem, ze jade przez fawele gdzie od glownej drogi odchodzily tylko piaszczyste z chatkami ledwo trzymajacymi sie kupy po bokach. Cala trasa byla gorzysta. Chociaz bardziej pasuje okreslenie pagorkowata. Co oznacza ciagle podjazdy i zjazdy z gorki poza 150 km odcinkiem w Mians Gerais od Uberlandi do granicy ze stanem Sao Paulo. Jadac bardziej na poludnie mijalem coraz wiecej obiezyswiatow(tzn bezdomni, ktorzy ciagle gdzies chodza). Poczatkowo zadziwilo mnie gdy spotkalem tak wedrujaca kobiete. Pozniej zadziwil mnie stary dziadek wedrujacy z laska. W koncu przebil wszystko inwalida na wozku popychany przez kolege. Przy okazji widzialem tez jednego obiezyswiata wedrujacego z workiem na kiju wygladajacy identycznie jak wloczykij z muminkow. Zmieniala sie tez pogoda. Po raz pierwszy od kiedy opuscilem obszar tropikalny zobaczylem chmury, jednej nocy nawet spadl deszcz.Temperatura spadla o tyle, ze z rana i wieczorem musialem zakladac bluze. Za to jazda bez palacego slonca byla duzo przyjemniejsza. Ujemnym efektem jest to, ze prysznice zaczely sie pojawiac coraz rzadziej, az w koncu byly juz tylko platne.. Przedostatniej nocy przed zmrokiem zadowolny akurat mijalem stacje z prysznice co juz bylo rzadkoscia. Zadowolony sie rozbilem.. ale patrze coraz wiecej aut sie zjezdza. Cale zaladowane ludzmi. Wieszaja hamaki po kontach. Czesc widze, ze spi w autach. Generalnie nie czulem sie zbyt bezpiecznie i postanowilem nie opuszczac namiotu na czas prysznicu, zeby mnie nie obrobili. Na szczescie chyba nie wygladalem dla nich na ciekawy lup bo po 10 dniach jazdy koszulke robocza mialem niezle brudna z wielka dziura na plecach i dziurawe spodnie raczej nie sugeruja jakbym mial jakis majatek ze soba. Odkrylem za to, ze bardziej niz na kilogramy oplaca sie wyszukiwac restauracje z tanim Self-service co oznacza nakladasz ile chcesz i jesz do syta za okreslona kwote(R$7-15). W taki tez sposob odkrylem, ze mozna przygotowac niesmaczne ziemniaki. To moje ulubione warzywo myslalem, ze jest pyszne w kazdej formie.. i tu sie przejechalem. Ziemniaki z octu sa ochydne!! Za to zaczely sie pojawiac rzodkiewki w sklepach:). Potanialo tez popaja(R$1 za kg). W stanie Sao Paulo zaczeto tez sprzedawac Guaranie w litrowych butelkach zwrotnych po R$1. Udalo mi sie tez raz kupic parowki po rekordowej cenie R$1 za kg ale nie chce wiedziec co w nich bylo:). Jezeli chodzi o widoki to jest wyrazna roznica jak sie wjezdza do stanu Sao Paulo. Gorki staja sie mniejsze ale za to cale porosniete zielenia lub pokryte polami uprawnymi. Miasteczka zamieniaja sie w duze miasta, ciagnace sie prawie jedno za drugim. Za to jest tez autostrada z szerokim poboczem, po ktorej mozna szybko pomykac. Ze saniem tez nie ma problemow bo trawa na odleglosci 30-50m od drogi jest rowno skoszona i jak sie tylko sciemni mozna z latwoscia znalesc bardziej zasloniete miejsce, a jakos nikt sie nie czepia jak widza, ze sie rozbijasz. Jednej nocy rozbilem sie na gorce. Juz mam sie pakowac do namiotu, a tu widze ze auto sie zbliza. Mysle znowu policja i bedzie sie czepiac. Ale jakos meczy sie kierowca nadmiernie z podjechaniem pod gorke. Nikt nie wychodzi. Dopiero po chwili wysiada jakas kobieta z piwem w reku niezle nawalona. Kierowca w nie lepszym stanie w koncu forsuje gorke. Zobaczyli, ze nie gadam po ichniemu to sobie pojechali. Wydaje mi sie, ze szukali kogos do picia, a ja sie nie nadalem:). Przy samym wjezdzie do Sao Paulo mija sie malowniczo umieszczne na gorkach fawele.. niestety mialem popsuty aparat:(. Nie udalo mi sie rowniez wczesniej sfotografowac sepow wcinajacych padline, a mialbym swietne ujecie. Z ciekawych rzeczy to mijalem rowerzyste ktory jak ja chyba zmierzal gdzies dalej ale w przeciwna strone. Za to ubrany byl w zolto zielone barwy brazyli i wiozl ze soba wielka flage stanu Sao Paulo. Generalnie wygladal jak klaun:).