droga Punta Arenas - Ushuaia

( 2 Votes ) 

Ostatecznie zdecydowalem sie dac rowerowi szanse i ruszylem w ostatni 500 km odcinek do Ushuaia(trasa1,trasa2). Poczatkowo chcialem wymienic tylnia felge razem z lozyskiem ale niestety nie mieli w Punta Arenas taniej chinszczyzny i chcieli mi sprzedac dobry sprzet ale drogi. Ja natomiast nie chce na koniec ladowac kasy w rower i koniec koncow stwierdzilem, ze co ma byc to bedzie. W momencie wyjazdu nie dzialy tylnie przerzutki, tylni hamulec i mam uszkodzone tylnie lozysko. Poczatkowy odcinek po szutrze nie byl lekki ale go pokonalem. Dalej mialem asfalt i wydawalo sie, ze dotarcie do Ushuaia to kwestia czasu. Niestety na 110 km przed celem rower przestawal nadawac sie do jazdy i zostalo mi go prowadzic. 80 km przed Ushuaia rozsypal sie calkowicie i nie moglem juz go nawet prowadzic przez co zmuszony bylem zlapac stopa:(. 

 

 

1 dzien

 

Pierwszy etap trasy to prom do Provenir. Stolicy Chilijskiej czesci ziemi ognistej. Miasteczko na oko zamieszkale przez 2000 mieszkancow. Prom mialem o 15 i przeplyniecie przez ciesnine magelana zajelo mu okolo 3 godzin. Kolo 18 wyladowalem w Provenir. W trakcie odbierania roweru zauwazylem, ze zostal on nieszczesliwie ustawiony i caly plecak mialem zalany woda. Musialy na niego chlapac fale bo caly byl przemokniety. Po wyjsciu na brzeg musialem sie rozpakowac i sprawdzic jak sie ma sytuacja w srodku. Na szczescie wszystko mam popakowane w reklamowkach i to zabezpieczenie zdalo egzamin:). Podczas zakladania spowrotem plecaka zauwazylem cos jeszcze:(. Peklo mi 1 trzymania bagaznika. Na szczescie udalo mi sie zapakowac plecak i jakos sie to trzymalo tak, ze postanowilem ruszyc. Samo Porvenir oddalone jest 5 km od portu i wyglada niezwykle kolorowo. Kazdy domek, ktory bardziej w wiekszosci przypadkow przypomina barak pomoalowany jest inaczej. Przejechanie miasteczka nie zajmuje wiecej niz 10 min. Przejechalem jeszcze nieco ponad 10 km w wiekszosci prowadzac rower pod gorke. Gdy sie rozbijalem palce mi zesztywnialy i bylo zimno w okolica 3 stopni na moje oko. Po raz pierwszy w trakcie mojej jazdy zdecydowalem sie na rozpalenie ogniska i ogrzania sie. 

 

2 dzien

 

To byla najzimniejsza z dotychczasowych nocy. Nad ranem spadl lodowy grad i mialem bialo dookola namiotu:). W przerzyciu pomogla mi niedawno kupiona kuchenka gazowa i moglem sobie zrobic ciepla herbatke z rana:). Obok namiotu mialem strumyk gdzie przeplukiwalem recznik i jedna z koszulek zalana w trakcie plyniecia promem. Zajelo mi to okolo 5 min ale palce mialem zesztywniale. Musialem je ogrzac zanim zabralem sie do mycia zebow. Spakowalem sie i ruszylem w droge. Pare minut pozniej okazalo sie skad to zimno. Patrzac wczesniej na mape myslalem, ze najwyzsza gorka w okolicy ma nieco ponad 100 mnpm. Okazalo sie, ze to tylko moje urojenie i po drodze zaliczylem punkt widokowy polozony 500 mnpm. Nocleg spedzilem na okolo 400 mnpm i dlatego mialem tak zimno. Sama trasa przez gory byla bardzo ciekawa. Nie dosc, ze ladne widoki to okazalo sie, ze jest to teren gdzie wydobywano zloto. Pod koniec XIX wieku zapanowala w tutejszej okolicy goraczka zlota i wielu smialkow przybylo na ten mrozny teren. Pobudowali oni sobie chatki/szalasy przy strumykach i cale dnie poswiecali na babraniu sie w tej lodowatej wodzie. W ciagu roku udawalo im sie uzbierac okolo 500 g zlota. Wiekszosc pracowala tylko wiosna i latem. Byli jednak tez desperaci, ktorzy nawet nie przestawali zima! Efektem ubocznym ich pojawienia bylo niestety wyginiecie dzikiej ludnosci,ktora wczesniej zamieszkiwala te ziemie:(. Co ciekawe obecni zapalency, ktorzy nadal szukaja tutaj zlota dalej mieszkaja w identycznych warunkach jak ludnosc 100 lat temu. 

Po przejechaniu okolo 30 km urwalo mi sie drugie trzymanie bagaznika. Rdza, ktora wyparzylem w Comodoro Rivadavia nie proznowala i wystarczylo ze troche pojezdzilem po bezdroza aby dokonalo sie zniszczenie. Od czego jednak jest tasma klejaca:). Nie jest wytrzymala jak spaw ale pozwala urwane czesci trzymac w miare statycznie wzgledem siebie. Od tego momentu jade na bagazniku posklejanym tasma ale daje rade:). Chwile pozniej urywa mi sie tylna czesc tylniego blotnika. Juz wczesniej sie ona trzymala tylko na tasmie klejacej. Szybka pilka i postanowilem pozbyc sie tego elementu. Dalsza jazda szla juz sprawnie bez niespodzianek. Pod koniec dnia dojechalem do skrzyzowania drog gdzie postanowilem odbic w bok. Z informacji na przystanku wyczytalem, ze 17 km od skrzyzowania znajduje sie pingwinarium. Tyle juz razy minalem platne pingwinaria, ze tym razem jak jest darmowe juz mi nie wypadalo;). Podjechalem 2 km i zatrzymalem sie w baraku zostawionym do dyspozycji podroznych.

 

3 dzien

 

Noc byla masakrycznie zimna. Palce u stop mi zesztywnialy mimo podowjnych cieplych skarpetek. Jak sie wygramolilem z rana ze spiwora dowiedzialem sie dlaczego. Okienko przymarzniete. Na zewnatrz wszystko w szronie. Woda ktora mialem w polowie zamieniona w lod. Nie wiem ile bylo ale zdecydowanie najzimniej z dotychczasowych nocy. Ja natomiast dalej spie pod swoim letnim spiworem dostosowanym z zalozenia do temperatur 7-20 stopni. Uzbrajam go w silikonowa wkladke do spiworu, ktora daje mi dodatkowe 3-4 stopnie ciepla. Do tego spie w pelnym uzbrojeniu tzn kurtka, bluza, spodnie i podowjne skarpetki. Kazda noc ostatnio to pelno przebudzen i wyczekiwanie rana az bedzie cieplej. Grunt jednak, ze daje rade;). 

Z rana ruszylem do pingwinarium. Dotarlem jednak przed otwarciem(11:00) i musialem sie pokrecic po okolicy przez ponad godzinke. Podczas spaceru zaatakowac mnie chcial tutejszy lisopodobny stwor bo go nie zauwazylem i sie za bradzo zblizylem:). Liczylem, ze wypatrze gdzies w okolicy za darmo krecace sie pingwiny ale nic z tego. Trzeba wejsc zaplacic 12000 CLP(zajbiscie drogo) i mozna wtedy podziwiac te piekne stworki. Jest ich nie za duzo okolo 30 i w wiekszosci siedza w kupie. Obserwuje sie je z okolo 40 m tak, ze warto miec dobry zoom w aparacie. Co najwazniejsze to sa to najwieksze pingwiny jakie mozna spotkac poza Antarktyka. Wszedzie indziej sa duzo wieksze stada ale sa to male odmiany, na ktore tez mam ochote sie w koncu wybrac. 

Wrocilem do miejsca gdzie spalem bo zostawilem tu plecak wraz z wiekszoscia dobytku. Na szczescie nadal tu stal. Zjadlem, zdrzemnalem sie;), zapakowalem i w droge. Tym razem szutr nie byl zbyt przyjazny. Caly czas mial faldy gora-dol jak po gasinicach od czolgu na calej szerokosci. W efekcie moj dogorywajacy rower wydawal najdziwniejsze dzwieki. W wyniku czego po 20 km rozwalilo mi sie lozysko przy pedalach ale nadal idzie jechac. Gorsze jest to, ze zaczal zacinac sie mechanizm przerzutek z tylu i co kilometr musze sie zatrzymywac i go poprawiac. Ostatczenie udalo mi sie dojechac do granicy gdzie zatrzymalem sie na nocleg przy Chilijskiej stronie. Przed przejsciem znajduje sie hotelik gdzie cena za 1 to bagatela 50$ ale i tak wszystkie pokoje zajete..

 

4 dzien

 

Nocleg wyjatkowo mily, przyjemny i cieply. Spalo mi sie tak dobrze, ze obudzilem sie dopiero przed 11. Zostalo mi ostatni 14 km szutrem. Wbrew pozorom wcale asfalt sie nie zaczyna po wjechaniu do Argentyny. Poczatek jest 100 m przed budynkiem granicznym z odprawa. Przejechanie tego szutrowego odcinka wykonczylo mi rower. Jest on w stanie gorzej niz krytycznym ale jedzie dalej. Lozysko w przy pedalach jest w totalnym rozpadzie. Tylnia felga wyglada tak, ze 20 km wiecej szutrem i by sie rozpadla. Sama jazda tym wechikulem wymaga wprawy i wyczucia bo normalnie sie juz jechac nie da. Na szczescie ostatni odcinek to juz asfalt. Przez pierwsze kilometry nie moglem sie nadziwic jak szybko da sie jechac rowerem. Wystarczy brak wiatru w gebe i rowna powierzchnia. Jakies 20 km przed Rio Grande pedaly zaczely sie zacinac ze wzgledu na rozwalone lozysko. Musialem uzyc troche sily ale da sie jechac dalej tylko czasami poczuje wiekszy opor. Samo Rio Grande przywitalo mnie deszczem i utknalem na nocke na stacji benzynowej. Na szczescie obsluga byla bardzo przyjazna i pozwolila mi sie rozlozyc z karimata i przespac pod daszkiem. Niespodziewanie znalazlem tutaj goracy prysznic:).

 

 

5 dzien

 

Z rana okazalo sie, ze mam na stacji nawet internet. Skusilem sie do tego na kawe bo troche srednio sie wyspalem ze wzgledu na czeste przebudzenia jak ktos szedl do wc przechodzil kolo mnie. Pozostalo zrobienie zapasow w La Anonima(patagonska siec supermarketow) i w droge. Do pokonanie zostalo ostatnie 210 km. Pogoda poczatkowo przeginala. Co chwile troche popadywalo i przestawalo. Najbardziej irytowal mnie fakt, ze jak tylko wyciagalem peleryne to przestawalo, a jak chcialem ja chowac to zaczynalo znowu.. Po przejechaniu 40 km zmienil sie krajobraz i pokazaly sie drzewa! Zaczal mnie otaczac jeszcze nie w pelni las ale cos blisko tego. Przez cala patagonie nie widywalem naturalnie rosnacych drzew. Przejechalem ostatecznie okolo 77 km. Nie za duzo ale stosunkowo pozno ruszylem. Do tego zauwazylem, ze rower juz nawet z gorki sam nie chce zjezdzac i musze mu pomagac.. Caly czas sie przy tym zastanawiam czy uda mi sie dojechac czy bede musial go pchac przez ostatnie kilometry.. Do ostatniego miasteczka i stacji benzynowej zostalo mi 30 km, a potem juz tylko Ushuaia:).

 

6 dzien

 

Znowu zimna noc ale nie rekordowo mrozna. Z rana namiot mialem caly pokryty szronem ale woda w butelce nie zlodowaciala;). Po takim widoku polozylem sie spowrotem spac i obudzilem sie dopiero o 11! Zaczalem sie pakowac i juz prawie ruszylem gdy podjechalo na rowerach 2 kanadyjczykow kolo 60 na rowerach. Ledwo skonczylem z nimi gadac i pojawil sie francuz. Chlopak przejechal rowerem cala panamericane od Alaski i zajelo mu to 2.5 roku. W koncu ruszylem. Koza ledwo dyszala ale dawala rade. Troche pagorkowato ale powoli do przodu. Na 111 km przed Ushuaia i 100 km za Rio Grande zlapalem gume. Niby nic takiego ale okazalo sie koncem mojej jazdy. Wyszedl na jaw zerwany gwint na srobach mocujacych tylnie kolo:(. Jedyna opcaja jaka mi zostala to zdjac przerzutki i dokrecac srobe w miejscu gdzie nakretka sie trzymala. Efektem tego bylo jednak zlikwidowanie napedu i rower zamienil sie w wozek albo hulajnoge:). Oznacza to rowniez, ze ostatnie 111 km musze przejsc na pieszo prowadzac rower co zamiast jednego dnia zajmie mi okolo 3. Sama gume zlapalem rowniez z powodu popekanej felgi ktora przeciela opone i detke. W zwiazku z czym nawet jakbym mogl zamontowac spowrotem kolo to daleko bym nie zajechal.. 

Pozytywna niespodzianka tego dnia bylo za to miasteczko ktore mialem po 8 km prowadzenia roweru. Okazalo sie, ze wlasciciel tutejszej piekarni jest bardzo przyjazny rowerzystom i udostepnia wszystkim miejsce do spania za darmo. Po raz pierwszy od ponad miesiaca moglem przespac sie na lozku:).

7 dzien

Wyspany w poludnie ruszam w droge. Po 10 km popychania roweru lapie kolejna gume. Felga przecina kolejna detke i dochodze do wniosku, ze juz nie moge z gorki zjezdzac i musze caly czas popychac rower:(. Przemieszczam sie tak kolejne 10 km majac piekny punkt widokowy po drodze. W koncu nastepuje moment, ktorego sie obawialem i prognozowalem od samego poczatku tego odcinka. Koza nia dala sie dalej prowadzic. Felga sie rozleciala i opona z niej wyskoczyla przy okazji po raz kolejny przecinajac detke. W tym momencie nie mialem juz wyjscia jak wyciagnac reke i zaczac lapac okazji. Zostalo tylko 80 km, ktore nie bylo mi dane pokonac mimo desperacji i zdecydowania nawet ich przejscia. Widoki na tym odcinku ogladane juz z okna samochodu byly niesamowite. Niestety sam wjazd do Ushuaia nie byl taki jak planowalem i nie mialem pelnego uczucia satysfakcji:(. Po przejechaniu okolo 10 tys km rower rozlecial mi sie tak blisko celu:/.