motorem Iquique - San Pedro de Atacama

( 1 Vote ) 

Po ponad tygodniu przygotowan w iquique do warunkow jakie beda planowaly na altiplano czyli od 3500 do 4500 w koncu ruszylem. Pierwszy odcinek to dojechanie glowna ruta 5 do Arica ostatniego duzego miasta na polnocy Chile. Stamtad ruszam w kierunku wschodnim pod granice z Bolivia gdzie chce odbic na poludnie i przejechac 600 km szutrowo ziemnymi drogami do San Pedro de Atacama. Czekaja mnie noce w tempreaturach ponizej -15. Choroba wysokosciowa. Liczne rzeczki do pokonania. Przelecz na ponad 5000 mnpm. Trzesienie ziemi. Jazda na azymut przez pustynie i bieganie za motorem. Do tego przecudowne widoki, kapiele w termach i kolejna przygoda na koncie:).

 

Ostatniego dnia jak juz mialem ruszac do hostelu przyszla para polakow i okazja pogadania po polsku zatrzymala mnie na pare godzin przez co ruszylem dopiero przed zmrokiem. Jak ostatecznie opuscilem granice miasta to byla juz noc. Droga wyjazdowa prowadzi pod gorke i ma swietne widoki panaromiczne. Do tego spory ruch co zawsze utrudnia mi zycie ze wzgledu na swiatla utrudniajace rozgladanie sie za miejscem na nocleg. Ostatecznie przejechalem jakies 50 km do opuszczonej kopalni miasteczka Santa Lucia. Przyzwyczajony ze w takich miejscach stoja opuszczone budynki chroniace przed wiatrem liczylem, ze i tak bedzie tym razem. Zdziwily mnie poczatkowo szczekajace psy, a chwile pozniej brama z informacja, ze zwiedzac mozna w godzinach 8-18. Za to przyszedl przyjazny stroz i rozbilem sie bezposrednio przed brama gdzie byla skarpa chroniaca od wiatru.

2 dnia pozwiedzalem Santa Lura. W odroznieniu od opuszczonych miasteczek,ktore widzialem wczesniej tym razem to byl osrodek gdzie wlasnie ludzie pracowali i pozostalosci po kopalni i fabryce jodu. Wstep za darmo polecam. Kilometr dalej jest opuszczone miasteczko Humberstone z platnym wstepem i z tego co widzialem przez plot to identyczne jak te, ktore wczesniej widzialem przez co szkoda bylo mi czasu i ruszylem dalej. Zakrecilem sie i pomylilem kierunki. Zaczalem wracac do Iquique dopiero po 10 km skapnalem sie ze cos jest nie tak. Problem w tym, ze na stacji zatankowano mi bak nie do konca do pelna. Do Arica bylo nieco ponad 300 km i kazde nadmiarowe kilometry grozily przymusowym postojem:/. Po 33 km zajechalem do Huara kupic jakies sniadanie. Ledwo wjechalem do miasteczka znalazla sie wrogo nastawiona banda psow. Troche ich zignorowalem i po chwili czuje jedna bestia gryzie mnie w nogawke. Potraktowalem go pare razy z buta w zamian ale sie nie poddawal dopiero jak przyspieszylem odpuscil. Po kolejnych kilkudziesieciu kilometrach widze znak na jakis zabytek Dolores i skrecam. Okazalo sie to historyczne miejsce po bitwie i oczywiscie kolejne opuszczone miasteczko. Skoro sie zatrzymalem to postanowilem sobie zrobic drzemke:). Generalnie okolica to byl rezerwat przyrody gdzie rosly drzewa. Co jest bardzo ciekwaym urozmaiceniem na pustyni. Cala droga pomiedzy Iquique i Arica jest godna polecenia. Przecina piekne kaniony z widokami, ktore na dlugo utkna w pamieci. Na nocleg zatrzymalem sie jakies 60 km przed Arica.

3 dnia dojezdzam w poludnie do Arica. Zakupy w Liderze, wyzerka. Objazd centrum miasta. Pozniej wycieczka na stacje benzynowa gdzie wymieniam olej na 10W40, ktory bardziej sie nadaje do jazdy w niskich temperaturach. Prysznic i.. ladowanie netbooka. Gdy jechalem rowerem to nie mialem z tym problemow bo w Argentynie prawie wszystkie nadaja sie do spania i maja WiFi. W Chile jest dokladnie na odwrot. Stacje sa male i ewentualnie maja mala restaracyjke typu buda z hot dogami. Przesiedzialem jakies 2 godziny ladujac baterie. Przy okazji juz sie zdazykem przyzwyczaic, ze wzbudzam z moim zaladowanym motorem zainteresowanie. Po odpowiadalem na standardowe pytania, az sie trafil jeden z kierowcow tira, ktory powiedzial ze moge kupic uniwersalna ladowarke i podlaczyc do akumulatora. Wczesniej o tym myslalem ale zawsze wejscia do zasilacza sa na zapalniczke, a to oznacza, ze musialbym wczesniej zamontowac takie gniazdo. Dopiero kierowca mnie olsnil ze przeciez moge uciac kable i bezposrednio zasilacz podlaczyc do akumulatora. Zmotywalo mnie to do ruszenia spowrotem do centrum pod wskazany adres. Niestety jak to w Chile co mnie zawsze irytuje czesc sklepow jest otwarta w normalnych godzinach a czesc z przerwa na sjeste. Przez co ciezko nieraz trafic na godziny otwarcia bo normalne godziny to 9-17 a ze sjesta 9-13 i 17-21. Czyli pewne sa tylko godziny poranne. Dotarlem pod sklep o 17:15 i byl juz zamkniety:(. Zrezygnowany zaczalem wyjezdzac z miasta, az tu widze stragan na ulicy sprzedajacy rozne elektorniczne gadzety i okazalo sie ze ma zasilacz uniwersalny:). Do tego za 9000 CLP w sklepie gdzie wczesniej chcialem kupic byl za 12000 CLP. Zabralem sie za wyjechanie z miasta i szukania miasta na nocleg. Zatrzymalem sie w super punkcie widokowym na Poconchile. Jakis kilometr od drogi, na ktorej i tak byl bardzo maly ruch. Juz sie polozylem spac, a tu kolo polnocy zjawia sie policja. Zadaje pare pytan i daje mi spac do rana.

4 dzien. Z rana montuje wyjscie do podlaczenia zasilacza bezposrednio do akumulatora. Wszystko poszlo latwo sprawnie i dziala jak to mi sie rzadko zdarza. Dopiero na koncu okazalo sie, ze zgubilem srubke do przykrecenia akumulatra. Co gorsza wszystko lezalo na powiezchni 20 na 20 cm. Nie wiem jak to sie stalo. 30 min szukalem tej cholernej srobki, az przyszedl z pomoca kierowca tira i poratowal mnie nowa. Ruszam w droge. Czeka mnie tego dnia podjazd na z 1000 na 4500 mnpm. Po drodze musze podkrecic obroty bo przy 3000 mnpm motor zdychal jak puszczalem gaz. Zatrzymuje sie w Putre pieknie umiejscowionym miasteczku u stop wulkanu na jedynych 3500 mnpm. Na koniec dnia dojezdzam pod zrodla termalne las cuevas na 4450 mnpm wedlug mojego GPS. Przyjazni ludzie w budce CONAF pozwalaja mi sie rozbic bezposrednio przy gorocym zrodelku. Pod wieczor mam ciepla kapiel i wydawaloby sie ze pieknie zakoncze ten dzien. Wieczorem niestety dorywa mnie choroba wysokosciowa. Kolo polnocy wymiotuje i do rana juz nie daje rady zasnac na wiecej niz 15 min majac problemy z oddychaniem. Nieskonczona ilosc razy przewracalem sie z boku na bok zanim doczekalem rana. Nad ranem na tej wysokosci temperatura spada w okolice -15 chociaz w Putre mnie postraszyli ze potrafi byc nawet i -30. Na szczescie wykorzystalem 2 spiwory i gdy wlozylem jeden do drugiego to mialem cieplo mimo mrozu na zewnatrz.

5 dzien. Poranek jest masakrycznie ciezki. Choroba wysokosciowa na calego. Cokolwiek zrobilem potrzebowalem 5 min odpoczynku aby uregulowac oddech. Do tego bol glowy jak na kacu. Spakowanie sie, zlozenie namiotu i zapakowanie wszystkiego na motor zajelo mi 4 godziny. Jazda tez nie byla najprzyjemniejsza ale na szczescie nie wymaga ona duzego wysilku. Dojezdzam do najwyzej polozonego jeziorka w Chile Chungara polozonego na 4600 mnpm. Otoczonego pieknymi snieznymi szczytami. Chwile pozniej jestem na granciy chilijskiej, za ktora skrecam w piaszczysta droge prowadzaco do term Churinguaya. Rozczarowany odkrywam, ze ktos odcial doplyw cieplej wody do basenu i z kapieli nici. Jadac dalej napotykam strumyki do pokonania co jest dla mnie nowoscia. Na szczescie nie sa zbyt glebokie i wszystkie udaje mi sie pokonac bez zdejmowania bagazy. Po drodze mnostwo niesamowitych widokow, ktore trzeba poprostu zobaczyc! Pod koniec dnia docieram do Salaru Surire gdzie znajduje sie budka CONAF i przyjazny straznik pozwala mi sie przespac pod namiotem. Po czym oferuje darmowe lozko. Jest tutaj osobny barak przygotowany dla gosci. Wiedzialem o tym wczesniej ale normalnie kasuja za lozko 5000 CLP. Okazalo sie ze barak jest w remoncie i dlatego moglem spac za darmo. Podczas pozniejszej rozmowy ze straznikiem wyszlo ze jest on niezle nawalony. Kolejny nieszesny alkoholik z dobrym sercem:/.Na koniec dnia choroba wysokosciowa odpuszcza i zjadam pierwszy posilek od ponad 24h.

6 dzien. Choroba wysokosciowa wraca z rana ale w wersji light. Nocka przespana z rana daje rade nawet wcisnac w siebie pare ciastek przy herbatce. Wygodnie bylo miec lozko ale trzeba jechac dalej. Mam 100 km do Colchane. Pokonanie tego odcinka zajmuje mi 4 godziny! Droga poczatkowo ok zamienia sie w coraz bardziej piaszczysta i pnie sie na wysokosc 4800 mnpm. Najgorsze sa odcinki w piasku bo musze sie caly czas pilnowac przed upadkiem. Ostatnie 5 km to asfalt godzie znosu odkrywam 5 bieg. Glownym powodem odwiedzin Colchane jest zakup paliwa. Jeszcze w Iquique dostalem cynk, ze mozna tutaj zrobic zakupy od bolivijczykow stojacych na granicy. Przy wjezdzie zostaje zatrzymany przez policje ale jak zwykle konczy sie na 2 pytaniach gdzie poznaja ze obcokrajowiec. Pytaja skad i kaza jechac dalej.Pytam jednak czy wiedza gdzie moge kupic benzyne. Dostaje dokladne wytyczne jak dotrzec do handlarzy na granicy:). Pytam pozniej jeszcze 3 osoby ale nikt mi tak dokladnie nie potrafil wytlumaczyc jak policja(jedzie sie jak na grancie i jakies 100m przed brama wjazdowa na odprawe graniczna jest polna droga odchodzaca w prawo i jadac nia jakies 300m obok slupka oznaczajacego grancie po boliwijskiej stronie stoi pare osob i samochodow. Kobiety z wozkami maja na nich benzyne na sprzedaz). zagaduje boliwijczykow obok slupka granicznego gdzie moge kupic benzyne i zostaje skierowany do siedzacych tam kobiet. Niestety sprzedaja tylko po 20l. Ale da sie dogadac i opychaja tez i 10l. Cena niestety nie jest rewelacyjna bo jak sie placi w chilijskiej walucie to wychodzi drozej niz na stacji bo 800 CLP. Majac boliwijska walute to 8 BOB za litr czyli okolo 4 zl 25% taniej. No i niestety maja tylko 93 :/ ale jak sie nie ma 95 to trzeba brac co jest. W koncu do najblizszej stacji po Chilijskiej stronie mam ponad 200 km a poliwa w baku moze na jakies 150 zostalo. Po zatankowaniu motor mi nie chce odpalic. Glowie sie i cuduje przez jakies 10 min az w koncu odkrywam, ze jakims przypadkiem odcialem zaplon przyciskiem na kierownicy. Juz myslalem ze benzyna jakas lewa.. Jade jakies 300 m i motor znowu staje. Znowu zaczynam cudowac i po kolejnych 10 min odkrywam, ze zakrecilem kranik z doplywem benzyny przy cudowaniu po boliwijskiej stronie. W koncu ruszam. 10 km asfaltem na ktorym zatrzymuje mnie policja do kontroli ale gdy mowie ze nie jade z Boliwi daja spokoj i kaza jechac dalej. Robi sie pozno ale mam asfalt i szybko pomykam. Po jakis 40 km sie konczy zjezdzam na szutr, a chwile pozniej na nocleg.

7 dzien. Tym razem mimo noclegu na ponad 4000 mnpm czuje sie z rana swietnie. Gotuje ryz na sniadanie:). Pakuje sie i w droge. Pne sie coraz wyzej i wyzej. Motor ledwo daje rade w koncu jechac tylko na 1. Droga coraz bardziej przypomina blache falista z kamieniami po obu stronach, ze nie da sie z niej uciec. W koncu jednak docieram na przelecz i poraz pierwszy w zyciu jestem na ponad 5000 mnpm. Dokladnie GPS pokazuje 5080 mnpm:). Po 10 km jazdy w dol stan drogi sie poprawia i moge uzywac biegu od 3 w gore. Jest tez wietrznie. O ile pomimo wysokosci jest tutaj w miare cieplo w dzien to jak wieje wiatr to juz nie jest tak ciekawie. Pokonanie pierwszych 60 km zajmuje mi okolo 3-4 godzin zanim droga sie poprawia i dalej juz do Salaru Huasco jade w miare szybko. Zatrzymuje sie przed zjazdem do Pika gdzie jest najblizsza stacja oddalona o 60 km od drogi jaka jade. Kalkulacja pokazuje, ze zostalo mi ponad 300 km do kolejnej stacji w Calama niestety benzyny mam na jakies 250 przy dobrych wiatrach. Ciezko tu wyliczac bo na wysokosci motor pali wiecej do tego nieraz stan drog jest fatalny i musze jezdzic na 2-3 co tez nie jest ekonomiczna jazda. Myslalem, ze po zakupach na granicy dzien wczesniej uda mi sie dojechac do Calama bez odbijania do Pica. Niestety mapa mnie oklamala i podawala odleglosc o 100 km mniejsza. Jeszcze w Iquique bylem ostrzegany, ze te 60 km do Pica jest w fatalnym stanie nie daje sie jednak przestraszyc i ruszam. Poczatkowo droga ok i dziwie sie czemu bylem ostrzegany. W koncu zaczyna sie jazda w dol i droga okazuje sie beznadziejna. Strumyk, ktory nia plynie latem nanosi mnostwo kamieni, ktorych nie daje sie ominac i trzeba przez nie przejezdzac. Do tego co chwile jest dolek po strumyku. Generalnie zjezdzam na 1, a do tego i tak musze czesto zwalniac prawie do 0.

8 dzien. Ostatnie 25 km drogi do Pica bylo juz w dobrym stanie i caly czas z gorki. Po dotarciu do asfaltu postanowilem nasmarowac lancuch. W miedzyczasie odkrylem jakim dobrodziejstwem jest pustynia gdzie brak robactwa. Malutkie muszki zjawily sie po chwili i towarzyszyly mi podczas smarowania lancucha. W miedzyczasie zjawila sie starsza kobieta sprzedajaca mango. Dalem sie skusic na 2 kg mimo brak super atrakcyjnej ceny(dalem 2000 CLP). Posiedzialem na glownym placu korzystajac z darmowego neta i jak sie ruszylem to byla juz prawie 14. Przy stacji musialem stac w kolejce przez okolo 20 min. Wszystko z powodu swieta katolickiego, ktore sie odbywalo w La Tirana 40 km stad a Pica to pierwsze miasto ze stacja. Swieto skonczylo sie dzien wczesniej ale widac czesc ludzi zdecydowala sie zostac na dluzej bo wszedzie byly tlumy. Moim planem bylo znalesc szutrowa droge, ktora mialem zaznaczona na mapie i pozwalala ona przejechac do asfaltowej drogi biegnacej 30 km na polnoc od Pica. W tym celu musialem przejechac 25 km do wioski La Hyuena. Nie zauwazylem jednak zandego znaku mowiacego gdzie mam skrecic. Zaczalem pytac ludzi ale oni tez tej drogi nie znali. W koncu jeden facet potwierdza jej istatnie ale mowi,ze jest w bardzo zlym stanie. Nie daje sie wystaszyc i skrecam w jedna z drog odchodzacych w bok przy, ktorej jest znak do jakies wioski oddalonej o 20 km. Poczatkowo po 6 km dojezdzam do slepego konca. Droga jest calkiem ok. Musze jednak zawrocic i po 2 km zauwazam maly drewniany znak kierujacy mnie w bok. Droga jest piaszczysta i juz na pierwszych 100 m 2 razy sie zakopuje. Nie poddaje sie i po 500 m jest wyrazna poprawa. Niestety tylko chwilowa ale droga rozjezdza sie na szerokosc 40 m i jak sie dobrze wybierze to nieraz przez jakis czas jedzie sie w miare. Pare razy sie zakopujac i pchajac motor w koncu dojezdzam do jakies osady. Wybiega wielki pies, ktory jak zwykle nienawidzi motoru i nie daje mi jechac dalej. Musze powoli metr po metrze sie zatrzymywac az mu sie nudzi i odchodzi. Standardowo nie dalo sie go ominac bo droga byla w takim stanie ze ledwo na 1 dawalem rade jechac co chwile sie zakopujac. Myslac, ze najgorsze za mna i zostalo kilometr albo 2 do asfaltu ruszam dalej. Mijam oznakowania, ktore sa calkiem wyblaklem i nic na nich nie widac. W koncu wyciagam GPS bo wydaje mi, sie ze przestalem jechac na polnoc. Nie mylilem sie. Drogi sa takie fatalne, ze jade poprostu poboczem. Niestety prowadza one na poludniowy wschod a ja mam jechac na polnoc. Decyduje sie skrecic i jechac na azymut. Caly czas przekonany o bliskosci asfaltu nie przejmuje sie tym, ze jade do nikad. Po jakis 3 km napotykam jakas droge i dalej decyduje sie jechac w jej pobliza. Nia sama sie nie daje. Jest ona zbyt piaszczysta. Gnam tym poboczem niestety coraz wiecej piaszczystych wydm. Coraz czesciej musze biec za motorem bo jak siadam to sie zakopuje. Tak mi schodzi do wieczora. Na szczescie w miejscu gdzie sie rozbijam widze swiatla samochodow z pobliskiej drogi, do ktorej caly czas jade. Wieczorem przed zasnieciem czeka mnie niespodzanka. Trzesienie ziemi! Smieszne uczucie tak jakby sie bylo na materacu w wodzie.

9 dzien. Po ruszeniu okazuje sie po 50 m ze na drodze jest usypana wielka gorka kamieni blokujacy calkowicie przejazd. Jest ona jednak usypana w takim miejscu, ze nie da sie jej ominac pobocze bo po obu stronach jest stromo i sam piasek. Postanawiam z jednej ze strony zburzyc gorke i ulozyc kawalek drogi. W ten sposob pokonuje przeszkode, a po 2 stronie droga jest juz w dobrym stanie i po 1 km dojezdzam do asfaltu. Okazalo sie, ze droga ktora przejechalem zostala zamknieta dla uzytku moze nawet i uznana za nieprzejezdna. Udalo mi sie przejechac 40 km pustyni w wiekszosci na 1 i co chwile zakopujacym sie motorem. Najgorsza i najtrudniejsza droga z jaka dane bylo mi sie zmiarzyc za mna. Niestety zuzylem za duzo paliwa i decyduje sie pojechac na 1 dzien do Iquique. Chce przy okazju kupic nowa opone bo tylnia jest juz mocno zjechana.

 

10 dzien. W Iquique kupuje nowa opone (30000 CLP) co nie jest takie latwe. Okazuje sie, ze zona franca jest nieprzydatna bo sa tam moze 3 sklepy gdzie mozna cos kupic do motoru ale wybor jest slaby. Udaje sie wiec po rade do mechanika, ktory regulowal mi wczesniej zawory. On dzwoni po znajomego, ktory przyjezdza i prowadzi mnie do swojego zakladu gdzie na zapleczu handluje oponami. Okazuje sie ze 2 lata wczesniej u tego samego pana zakupy robili polacy, ktorzy rowniez przemierzali panamericane na 150 cc(www.moto-panamericana.pl). Zdecydowalem sie przy okazji na zalozenie nowej opony. Podczas tej operacji wyszlo, ze metalowe czesci przez, ktore przekazywany jest naped na kolo sa kompletnie rozwalone i wymagaja wymiany. Ostatecznie zeszlo mi pare godzin w serwisie i wyszedlem o 100 USD lzejszy. Popludniu ruszam w droge. Ostatnie zakupy w Unimarc i wieczorem dojezdzam na nocleg do tego samego miejsca gdzie bylem 2 dni wczesniej. Roznica w tym, ze nie pokonywalem zaspy usupanej na drodze.

11 dzien. Kontynuje jazde asfaltem, az do momentu gdy na drodze pojawia sie barierka i dalej jest kopalnia. Odbijam w szutr, ktorym bede juz jechal dalej do Ollague. Widoki nie sa juz takie zadziwiajace jak wczesniej zwlaszcza jak jest sie juz oswojonym z salarami. 20 km przed Ollague zaliczam klasyczna glebe. Przelatuje przez kierownice i laduje kawalek dalej lekko obijajac sobie kolano. Po 15 min dochodzenia do siebie podnosze motor wsiadam i jade dalej. 10 km Przed Ollague jakosc drogi sie wyraznie poprawia i taka juz bedzie do Calama.

12 dzien. Caly dzien spokojnej jazdy. Na nocleg zatrzymuje sie ok 35 km przed Calama. Wybieram miejsce na pustyni gdzie gorka oslania mnie od wiatru. Niestety pech chce, ze w nocy wiatr zmienia kierunek i cala noc napiera na namiot. Z rana zauwazam, ze zlamana zostalakonstrukcja metalowa:(. 

 

13 dzien. Z rana dojezdzam do Calama. Tankuje benzyne robie zakupy na nastepne pare dni i ruszam w kierunku San Pedro de Atacama. Co mnie spotyka na miejscu to zupelnie inne miasteczko. Jest szczyt sezonu wszystkie hostele zapchane i decyduje sie ostatecznie spac na campingu.