Lodka do Iquitos

( 0 Votes ) 

Gdy juz udalo nam sie wyplynac mielismy ochote przezyc przygode. Okazala sie ona wieksza niz sie spodziewalismy niestety nie do konca szczesliwa. Po zaledwie paru dniach splonela nam 1 z lodek. Kazdy stracil spora czesc tego co zabral na rejs. Co gorsza Oli doznal poparzenia wraz z infekcja i musial skonczyc swoja przygode w szpitalu. Chcielismy byc ekologiczni a spodowalismy wielkie zanieczyszczenie wody:(. Ostatecznie przezylismy przygode i dotalismy do Iquitos.

Po wyplynieciu z Nuevo Rocafuerte znalezlismy sie na wodach miedzynarodowych. Zaczyna sie silna ulewa i postanwiamy sie zatrzymac aby ja przeczekac. Wysepka, ktora wybieramy okazuje sie zamieszkala. Zostajemy przyjaznie przywitani i do tego otrzymujemy mnostwo popaji i bananow na droge. Niestety ulewa sie wzmaga i postanawiamy ja przeczekac w chatce naszego gospodarza. W tym czasie swinki zjadaja nasze banany:(. Ruszamy dalej by zatrzmyac sie chwile pozniej na nocleg. Niedoswiadczeni wybieramy parkujemy lodki na plytwkiej wodzie. Zjadamy smaczna kolacje, ogladamy zachod slonca i udajemy sie spac. Z rana odkrywamy, ze poziom wody opada i nasze lodki utknely na mieliznie. Niezle musielismy sie nasilowac aby je wepchnac spowrotem na glebsza woda. W efekcie zdobywamy pierwsze doswiadczenia.

Docieramy do Pantocha pierwszego miasta po stronie Peruwianskiej. Podbijamy paszporty. Odprawa celna okazuje sie, ze znajduje sie w Iquitos zaledwie okolo 400 km dalej w dol rzeki:). Nie mamy zamiaru zjawiac sie w kapitanacie i jak to szybko mozliwe odplywamy z tego miejsca. Mamy w koncu 2 lodki. Pierwsza, ktora jest zupelnie bez dokumentow i 2 dla ktorej mamy matrikule ale Peruwianska, a opuscila ona Peru nielegalnie pod Australijsko-Chilisko dowodztwem. Na szczescie to Ameryka Poludniowa gdzie nikt sie formalnosciami szczegolnie nie przejmuje:).

Kontynujemy nasz rejs. Koleny nocleg na jednej z wielu wysp na rzece Rio Napo. Przyjemnie spedzony czas. Zatrzymujemy sie w pobliskich wioskach z checia pogadania lub sprzedania czegos za juke. Trafiamy w ten sposob kolejngo dnia do spolecznosci, ktora nie ma nic na sprzedaz ale chca od nas kupic galon benzyny. My majac na pokladzie ponad 30 galanow zgadzamy sie zrobic im ta przysluge. Niestety Matt zabiera sie za przelewanie benzyny natychmiastowo nie zwracajac uwagi, ze na tej samej lodce Olli jest w trakcie przygotowywania obiadu. Benzyny mu sie troche przelewa i zaczyna ona splywac w kierunku ognia. Po sekundzie nastepuje zaplon i chlopaki sie ratuja wskakujac do wody. Pare sekund pozniej cala przednia czesc lodki jest w plomieniach. W pierwszej chwili wszyscy uciekamy jak najdal w obawie eksplozji 100 l benzyny, ktore sa w 2 baniakach. Na szczescie sa one plastikowe i szypko sie topia. Przez co w efekcie nastepuje zaplon kolejnych 100 l benzyny. Cala lodka w plomieniach. Matt wskakuje na nia i probuje walczyc z plomieniami. Chwile pozniej przepalona zostaje lina mocujaca lodke do brzegu i odplywa ona razem z pradem.. Jakies 50 m dalej na szczescie jest konar drzewa, ktory utknal na mieliznie. Zatrzymuje on nasza plonaca lodke. Lokalni ludzie podwoza Mata i Oli do plonacego wraku. Zaczyna sie walka z ogniem. Po 10 minutach ogien zaczyna przygasac. Z lodki juz niewiele zostalo, a zwlaszcza tego co bylo na niej. W tym czasie ja z Vini zaparkowalismy 2 lodke i docieramy pomoc chlopakom. Olli okazuje sie, ze ma poparzona noge:(. W ostatniej chwili przed zatopieniem ratujemy peke peke i zaczyna sie walka o to aby lodka nie zatonela. Ja z Vini staramy sie wybierac wode szybciej niz ona naplywa. Po 15 minutach wyglada na to, ze wygrywamy i woda zaczyna powoli opadac ujawniajac to co nie splonelo w trakcie pozaru.. Z mojego plecaka niewiele zostaje. Zdjecia i relacje Mata do obejrzenia tutaj: http://www.spokecount.com/2012/10/the-rio-napo.html Z mojego plecaka niewiele zostaje na szczescie moje dokumenty byly zawiniete w bluze na tyle skutecznie, ze nie splonely jedynie co zostaly calkowicie przemoczone przez mieszanke wody z benzyna. Nawet moj portfel ocalal:). Niestety cala elektronika nie jest wytrzymala na zalanie i to co nie splonelo to i tak juz nie dziala. Najwiecej stracil Oli bo splonal jego motocykl wraz z wiekszoscia jego rzeczy. Splonal w duzej czesci tez jego paszport:(. Splonely tez w wiekszosci pieniadze. Jedyna gotowke ktora posiadalismy bylo to co ja mialem ze soba. Czyli okolo 160$ i 240 soles. To musi nam wystarczyc na leczenie Oliego, benzyne, jedzenie do czasu az dotrzemy do Iquitos.  

Po opanowaniu sytuacji pozostaje nam podjac decyzje co dalej. Udajemy sie do lokalnej spolecznosci czy nie chca czegos w zamian za nie wzywanie policji.. Chlopak, ktory chcial od nas kupic galon benzyny ze lzami w oczach mowi ze wszystko ok i przeprasza.. chociaz o zupelnie nie byla jego wina. Podejmujemy decyzje ruszenia dalej. Zlanczamy wrak lodki z ta co nam zostala i postanawiamy odplynac kawalek do miejsca gdzie sie mozemy rozbic na noc. Wszyscy w ponurych nastrojach i szoku po tym co sie stalo. Na szczescie okazuje sie, ze zaistniala sytuacja nas nie podzielila i dalej dzialalismy jako zespol nie obarczajac siebie na wzajem za to co sie stalo. W koncu kazdy z nas byl winny. Kazdy wiedzial, ze gotujemy obiad zaledwie 2 metry od 2 beczek pelnych paliwa.. Idziemy spac gdy rozpoczyna sie potezna ulewa. Ja spie w namiocie Oliego, ktory okazuje sie byc niezbyt szczelny bo w swojej histori przezyl on burze piaskowa w Australi i zostal naprawiony tasma klejaca.. Generalnie na noc kazdy podzielil sie z innymi tym co mu ocalalo.. Ja po pozarze z ubran mialem tylko to co na sobie na szczescie klimat jest tu cieply i niewiele wiecej trzeba:)

Kolejnego dnia postanawiamy zakopac pozostlosci po przaze na jednej z wysp. W tym celu wykopuje wielki dol w trakcie gdy chlopaki segreguja pozostalosci na wraku lodki. Natomiast Olli cierpi po tym jak jego noga napuchla juz do calkiem sporych rozmiarow. Po okolo 3 godzinach dol jest gotowy i postanawiamy w nim pochowac motor Oliego jak i wiele innych pozostalosci po pozarze. Oznaczamy wszystko na koniec piracka flaga i ruszamy dalej. Porzucamy tez wrak lodki chwile pozniej aby nie wzbudzac podejrzen jak doplyniemy do kolejnych wiosek. 

Generalnie zanim wyplynelismy w rejs chcielismy aby odbyl sie on w miare ekologiczny sposob. Dyskutowalismy nawet czy zabierac mydlo bo ono zanieczysci wode.. Tymczasem zrobilismy cos duzo gorszego i slad po nas zostanie jeszcze przez dlugi czas widoczny w dorzeczu Rio Napo z czego nie jestesmy dumni:(.

Udajemy sie do najblizszego miasteczka Angloterro gdzie znajduje sie cos na wzor szpitala. Czyli pielegniarka i jakies leki. Oliego noga zostaje tam poddana terapi oczyszczajacej infekcji z ran po pozarze. Po 2 dniach postanawiamy udac sie dalej do Santa Clotilda gdzie znajduje sie prawdziwy szpital. Stan nogi nieznacznie sie poprawil i Oli w cierpieniu zniosl te 2 na lodce. Dodatkowo zabralismy jeszcze pasazera na gape przez co ostatecznie bylo nas 5 plus 2 motory. Lodka wystawala zaledwie jakies 10 cm nad powierzchnie wody. 

W Santa Clotilda mieszka okolo 4000 mieszkancow i jest to najwieksze zbirowisko ludzki od granicy z Ekwadorem do Iquitos czyli na odcinku 400 km. Na szczescie 40 lat temu osiedlil sie tu pewien misjonarz z USA, ktory bardzo pomogl tej spolecznosci i miedzy innymi otworzyl tu szpital. Poznalismy tutaj tez bardzo przyjazna rodzinke, ktora zaprosila nas z rana na sniadanie z tradycyjna zupa. Olli okazlo sie ze jest tutaj pod dobra opieka i postanawia zostac do czas az jego stan nogi nie ulegnie poprawie. My natomiast podejmujemy probe wymiany dolarow na sole. Okazuje sie to nie lada wyzwanie. Kazdy wskazuje na co drugi sklep, ze tam skupuja dolki gdzie po zapytaniu jest sie skierowanym dalej i w efekcie krazy sie w kolko. W jednym z miejsc oficjalnie skupuja dolary niestety nie mieli w tym momencie pieniedzy.. Ostatecznie pomaga nam jeden z lokalnych ludzi. Udaje sie on samemu w poszukiwaniu kogos kto wymieni dolary i zajmuje mu to ponad 2 godziny.. ale ostatecznie mamy sole po calkiem znosnym kursie:).

Miasteczko jest calkiem przyjazne ale my chcemy ruszac dalej. Kolejne dni nie obfitowaly juz w takie przygody jak wczesniej. Nadal zatrzymujemy sie raz po raz pogadac z lokalnymi ludzmi. Czasami cos kupic od nich, czasami cos wymienic, a czasami poprostu pograc w pilke:). Przywitani jestesmy zawsze przyjaznie. Noclegi spedzamy na kolejnych wysepkach gotojac kolacje przy ognisku. W ciagu dnia podziwiamy otaczajaca nas dzungle.. Niesamowite doswiadczenie warte tych paru dolarow, ktore sie traci na zakupie i sprzedazy lodki. W koncu docieramy do Iquitos!