droga Posadas(Argentyna) - Montevideo(Urugwaj)

( 4 Votes ) 


Odcinek ten ma 1200 km wedlug wyznaczonej trasy. Po drodze chce odwiedzic ruiny misji jezuickich przez co bede nadrabial troche drogi. Pozniejszy odcinek to po raz kolejny beda pustkowia z miasteczkami oddalonymi od siebie o ponad 50 km. 
Po 16 dniach dojachalem do Montevideo. W trakcie jazdy zaliczylem 1 gume ale musialem zalatac lacznie 6 dziur. Trasa wiodla pierwszy kawalek okolo 200 km przez pagorki. Potem mialem rownine czesto plaska jak stol, ktora jechalo sie starasznie nudno.. Po wjechaniu do Urugwaju zrobilo sie pagorkowato ale wzniesienia byly niewielkie. Bardziej odczuwalna byla temperatura, ktora spadla w okolice 20 stopni i zrobilo sie momentami wietrznie.

 

1 Dzien


Wyjezdzam z Posadas. Zanim ruszylem w droge moj rower dostal nowy uklad napedowy:). Czyli zostaly wymieniony caly mechaniz od przerzutek wlacznie z lozyskami, zebatkiami i linkami. Zanim do tego doszlo mialem maly przypal. Zajechalem do warsztatu rowerowego i pokazuje, zeby mi wymieniono tylne lozysko. Facet wyciaga nowe zebatki tylnie, a ja do niego, ze nie chce 6 zebatek z tylu tylko jedna. Stwierdzilem, ze od dluzszego czasu i tak nie uzywam tylnich przerzutek to w sumie jak sie pozbede tego mechanizmu to bedzie mi sie latwiej zmienialo tylnie kolo. Oczywiscie myslalem, ze przednie 3 przerzutki nadal beda dzialac. Dopiero w hostelu rozmawiam o tym i pewien francuz(swoja droga ciekawy koles co juz od 25 lat podrozoje) uswiadomil mnie, ze caly mechanizm od dzialania przerzutek jest z tylu i jak sie go pozbede to przednie przerzutki nie beda dzialac. Dopiero wtedy tez o tym pomyslalem no i mialem niezla wtope. Ale liczac, ze facet w warsztacie mnie nie zrozumial zamontuje wszystko jak mialem wczesniej na nowych czesciach. Niestety okazalo sie, ze zrozumial mnie dobrze i ujrzalem swoj rower z jedna  przerzutka na stale.. Pozostalo palenie glupa i udawanie niedogadania. W koncu stanelo na tym, ze zamontuje mi przerzutki i zdecydowalem sie nawet na Shimano majac doswiadczenie jakie gowniane sa te chinskie. Zwlaszcza jak sie duzo jezdzi to kurz sie dostaje do mechanizmow i szybko przestaja dzialac na calym zakresie. Cala przyjemnosc kosztowala mnie A$270 co stanowilo 40% wartosci za jaka kupowalem ten rower. Za to jazda stala sie dla mnie przyjemnoscia i przestalem zsiadac z roweru i go pchac jak sie pojawialy gorki.
Dojechalem tego dnia do San Ignacio gdzie zatrzymalem sie w hostelu na campingu. Nie bylo to tanie(A$35) ale mialem gdzie zostawic rzeczy nastepnego dnia oraz co bylo dla mnie najistotniejsze prysznic. Na stacji benzynowej w tym miasteczku nie bylo nawet toalety:/. 

2 dzien 
Zwiedzanie misji w San Ignacio , Loreto i Santa Ana opisane w osobnym watku. Przejechalem zaledwie okolo 20 km. 

3 dzien 
Plan na zrobienie 87 km z mysla nawet o przejechaniu ponad 100. Taki mialem zapal jak sie obudzilem z rana. Niestety zanim ruszylem sie rozpadalo. Posiedzialem na stacji do poludnia, az sie przejasnilo i dopiro ruszylem. Niestety po 10 min znowu zaczelo padac, a ja ostatecznie caly czas musialem jechac w ulewie. Przez co moj ambityny plan z poranka legl w gruzach i przemoczony zatrzymalem sie po 37 km w Leandro N. Alem.

4 dzien

Na razie siedze na stacji i czekam az przestanie padac, a potem przeschnie mi namiot..
Tak czekalem do okolo godziny 16 po czym sie spakowalem i podjechalem 56 km do znanej mi juz wczesniej stacji pod San Jose. Miejscowka ta byla o tyle fajna, ze przy samej stacji byl supermarket. Nie najtanszy ale przynajmniej pod reka. Droga nie byla latwa bo oczywiscie zaczelo padac. Przemeczony ale widzac rozjasniajace sie niebo dojechalem. Wzialem cieply prysznic za 2 peso. Najadlem sie i kima. 

5 dzien

Idealna pogoda. Chmurki ale nie pada. Niestety w nocy sie zasiedzialem czytajac ksiazke, a pozniej zbieralem powoli tak, ze ruszylem dopiero ok 11:20. Wczesniej mialem niezla przygode:). Widzialem ze prysznic ktos zostawil otwarty(zabezpieczeniem byl brak klamek. Czyli placilo sie za pozyczenie klamki jak sie chcialo wykapac). Wbilem sie do srodka i chcialem lekko przymknac drzwi.. przesadzilem i drzwi sie zamknely. Pozostalo mi przez to wspinanie sie na sciane i przeskakiwanie gora niestety kosztowalo mnie to podarcie spodni:(. Za to jazda byla przyjemna. Po okolo 35 km skonczylo sie pobocze. Po kolejnych 50 zaczelo momentami brakowac asfaltu.. za to ruch byl znikomy, a ja mialem niezle tepo i po 7 godzinach i przejechaniu okolo 110 km bylem Samo Tome. Zarazem zrobilem rekord przejechania trasy bez dluzszego niz 5 min odpoczynku. 
Jakby ktos sie wybierala ta trasa to polecam na odcinku Samo Tome- San Jose skorzystac z drog 94 a pozniej 1 zamiast 14. Odleglosc jest taka sama ale pobocze jest na 35 km a nie na 6, a co wazniejsze ruch znikomy tak, ze nie trzeba co minute zjezdzac na trawiaste pobocze.

6 dzien

Pogoda sie popsula. To znaczy czyste niebo i palace slonce. Przede mna odcinek prawie 90 km gdzie nie ma niczego tzn brak miasteczek tylko szosa. Co gorsza brak pobocza i spory ruch. Za to jest plasko. Zatrzymalem sie w samo poludnie po 50 km na chwilowy odpoczynek. Polozylem sie na laweczce na przystanku i.. zasnalem do ponad 2 godziny. Caly odcinek 90 km przejechalem w 4.5h przez co uzyskalem rekordowa srednia 20km/h. Dojechalem do Alvear gdzie siedze obecnie na darmowym wifi na stacji. 
7 dzien

Upalnie. Przejechalem do stacji niedaleko Uruguaiana. W zasadzie nic mi szczegolnego nie utknelo w pamieci z czasu spedzonego na drodze. Caly dzien bez dostepu do sklepow poza tymi drogimi na stacji.  

8 dzien

Z rana po raz kolejny budzi mnie slonce nie dajac sie wyspac:(.Wieczorem za to na stacji spotkalem innego rowerzyste. Wygladal na okolo 50 lat. Caly swoj dobytek mial w skrzynce na bagazniku. W zasadzie wygladal w miare normalnie. Rower co prawda gorszy od mojego(dowartosciowalem sie bo jak zaczalem przegladac stronki ludzi przemiezajacych ameryke na rowerach to wpadlem w kompleksy;)) nie mial tez przerzutek ale generalnie nie byl tragiczny. Wygladal tez calkiem normalnie nawet mnie zagadywal ale mowil jakims ciezkim hiszpanskim bo wogole nie moglem zrozumiec. Dopiero wieczorem jak poszedlem sie rozbijac wypatrzylem go lezacego na betonie obok swojego roweru i z reklamokami od smieci pod glowa co dalo mi do myslenia, ze to raczej bezdomny albo taka argentynska odmiana obiezyswiata.

9 dzien

Dojezdzam w okolice Chajari. Zmieniam stan z Corrientes na Entre Rios. W ciagu jazdy nic szczegolnego caly czas rowno jak wzrokiem siegnal. Brak miasteczek nawet farm nie ma. Jedyna atrakcja to stacja co okolo 30-40 km. Chajari okazalo sie kurortem z cieplymi zrodlami. Ja zapamietalem je z wyjatkowo drogich supermarketow do ktorych zdecydowalem sie wybrac nadrabiajac 3 km w jedna strone bo tyle bylo do miasta od glownej drogi.

10 dzien

Caly czas slonecznie. Dojezdzam do okolic Concordi. Poczatkowo myslalem, ze tutaj bede przekraczal granice i wjezdzal do Urugwaju. Zmienilem plan z 3 powodow. 1 to wyczytalem na stronie www.nakrancach.pl ,ze Urugwajczycy nie pozwalaja tam wjechac rowerem bo jest 5 km odcinek bez pobocza... i kaza brac autobus. 2 Podjechac do Colon i tam przekraczac jest blizej o pare km. 3 nie mialem dostepu do netu i nie zdazylem zakupic $, ktore bede mogl wyplacic z konta podpietego do karty a argentysnkich peso nie chce wymieniac.. 
Ciekawa mialem konwersacje na jednej ze stacji. Standardowo sie pytam ile km do nastepnej, zeby wiedziec czy zdolam do niej dojechac przed zmrokiem. W odpowiedzi dostaje pytanie po co mi ta informacja przeciez roweru tankowac nie musze:).
Wieczorem coraz bardziej odczuwam problemy z zamkami w namiocie. Poczatkowo mialem popsuty ten od tropika ale na niego znalazlem metode zeby sie zapinal. Po jakims czasie popsul mi sie ten co zapina wewnetrzna czesc namiotu od podlogi po 'sufit'. Kiedys sie z nim pomeczylem ale nauczylem sie go zapinac po paru probach. Ostatnio do kompletu popsul mi sie zamek od wejscia od strony podlogi. W efekcie jak juz sie rozbije to 5-10 min musze sie meczyc, az uda mi sie zamknac. Nieraz nie mam tyle cierpliwosci i sie poddaje.  Niestety wtedy wlatuja komary i wlazi inne robactwo. Pamietajac, ze przemierzam okolice mokradel wszelkiego zycia jest mnostwo. Zwlaszcza dla mnie tego najbardziej odczuwalnego malego. Z rana jak zwijalem namiot to cale stado 50 karaluchow uciekalo spod podlogi. Do tego jak ide spac po polnocy po wejsciu do namiotu i jego zamknieciu jest strasznie duszno. Rozbieram sie do samych majtek a i tak sie dalej poce.


11 dzien

Z rana oczywiscie budzi mnie slonce ale nie jest takie silne. Wygladam i widze malutkie chmurki:). W trakcie jazdy sprawiaja ze mam troche chlodniej. Od jakis 3 dni jade glownie 2 nitka autostrady, ktora jest w zasadzie wybudowana ale nadal nie wlaczona do uzytku. Dopiero pod koniec dnia 30 km przed Colon zaczyna sie wlasciwa autovia. Jadac tak juz od paru dni zauwazam roznice pomiedzy Brazylia. Podstawowa to taka, ze jeszcze nie zlapalem tutaj zadnej gumy:). Kolejna jest taka, ze w Brazyli droga prowadzila na polnocy i w srodku kraju przez miasteczka a na poludniu przez ich obrzeza. Za to w Argentynie w wiekszosci jezdzi sie obwodnicami i jak chce sie zjechac do jakiegos sklepu w miasteczku to trzeba nadrabic pare km w 1 strone. Za to sporym pluse sa stacje w przewidywalnych miejscach. Czyli przy kazdym wiekszym miasteczku i skrzyzowaniu gloniejszych drog. Z tego co pamietam w Brazyli nigdy nie potrafilem tego zrozumiec ich rozmieszczenia. Potrafily byc odcinki po 50-60 km bez stacji po czym 3 obok siebie na odcinku 5 km. Szczytem bylo jak raz mijalem 2 stacje jedna za druga w odleglosci 50 m nalezace do tej samej firmy i po tej samej stronie szosy. Za to czesto mijalem tam tez stacje po 30 km i to taka co zbankrutowala a przez kolejne 30 km potrafilo nie byc kolejnych. Nie bylo tez stacji na skrzyzowaniach glownych drog krajowych co jest wedlug mnie najbardziej logicznym miejscem do ich umieszczenia.

dzien 12

W zasadzie dzien odpoczynku. Przejechalem moze 30 km co nie znaczy, ze sie nie zdazylem zmeczyc i spocic. Mijalem popludniu termometr ktory pokazywal 42 stopnie!. Leniwa pobudka i poranny przesiadka na internecie zeby kupic dolary. Udalo sie po 3.38 zl ale jak patrze na historie tranzakcji to nie wykazuje ona pozytywnego trendu. Poczatkowo dolara kupowalem za mniej niz 2.8 zl:(. Chociaz jak patrze na kurs zlotowki do lokalnych walut to wachania sa zdecydowanie mniejsze i z tego co widze to kraje ameryki poludniowej sa tak samo trkatowane jak polska. Czyli jak dolar sie umacania to takze w stosunku do tutejszych walut. W poludnie zatrzymalem sie na chwile na glownym placu w Colon. Polozylem na chwile na lawce i zasanlem na jakies 2 godziny wygladajac pewnie jak zul:). Granice chcialem przekraczac jeszcze w trakcie sjesty liczac, ze jezeli nie bedzie mozna przekraczac mostu rowerem to bedzie tak goraco, ze nikomu nie bedzie sie chcialo mnie pilnowac. Na szczescie okazalo sie, ze ten most i zarazem granice mozna przekraczac nawet na pieszo. Same formalnosci poszly tez szybko i bez problemow po 5 min bylem w Urugwaju. Z czego wiekszosc czasu zajelo mi wygrzebywanie mojego paszportu z plecaka. Spowodowalo to zainteresowanie jednego z celnikow co za reklamowki wyciagam ale zajrzal do jednej i mu zapal minal. Zaraz po przekroczeniu granicy jak sie skieruje do Paysandu jedzie sie wzdluz rzeki gdzie porozmieszczane sa ladne trawiaste plaze. Samo znalezienie centrum a w zasadzie 1 glownej ulicy przy ktorej sa rozmieszczone sklepy nie bylo takie latwe, az sie musialem zapytac w sklepie bo jakos bladzac nie moglem na nia wpasc. Pozytywnym zaskoczeniem bylo dla mnie to, ze w bankomacie BBVM moglem wyplacic dolary. Niestety ograniczenie bylo ustawione do 200$ a prowizja wyniosla 3$ czyli 1.5%.  Po czym dolce wymienilem w kantorze na przeciwko na Urugwajskie peso po kursie 19.5 za 1 usd. Co przy srednim kursie w tym dniu wynoszacym 19.7 daje zaledwie 1% prowizji. Podsumowujac Urugwajskie peso idzie pozyskac po lacznej prowizji 2.5%. Z tego co widzialem Argentynskie peso sprzedawane jest po kursie 4.5 co znaczy, ze bardziej oplaca sie je kupowac tutaj niz w Argentynie(po przeliczeniu daje to 4.33 za 1 usd przy oficjalnym kursie 4.25 - prowizje argentynskich bankomatow okolo 8-9%).
Minusem sa za to ceny w sklepach, do ktorych musze sie przyzwyczaic ale wydaja mi sie wyzsze niz w Argentynie w zasadzie porownywalne z tymi w Brazyli. Za to na 1 spotkanej stacji mam darmowe Wi-fi, klime i kupe zielonego miejsca do wyboru gdzie sie bede rozbijal.

Dzien 13
Dzisiejszy dzien to walka z wiatrem. Co prawda wialo z boku ale tak silnie, ze byly momenty jak na prostej musialem jechac na najlzejszej przerzutce!. Ostatecznie udalo mi sie przejechac jakies 85 km. W poludnie zdrzemnalem sie chwilke przy drodze ale tak wialo, ze sie obudzilem z zimna. Ciekawa pogoda jeszcze wczoraj mialem 42 stopnie a dzis odczuwalna temperatura ponizej 20. Popludniu tez zlapalem 1 gume na tym odcinku..

Dzien 14
Po chlodnej nocy z rana zabralem sie za latanie dziur w detce. Okazalo sie, ze najechalem na jakas galazke z kolcami i 3 z nich sie wbily w detke! Co gorsza dzien wczesniej wypatrzylem tylko 2 i zalozona detka tez miala juz dziure. Po czym sie okazalo, ze jeszcze jedna latka nie trzymala. W konsekwencji od razu bylem zmuszony wykorzystac 5 latek:(. Zajelo mi to troche czasu i ruszylem dopiero kolo poludnia. Na szczescie juz nie wialo bynajmniej tak silnie. Bylo slonecznie ale nie za cieplo. Odczuwalna temperatura byla przyjemna gorzej z tym, ze slonce strasznie palilo po karku:/. Wieczorem dojechalem po okolo 87 km do Trynidadu gdzie znalazlem supermarket i  zrobilem sobie uczte:). 

dzien 14
Pogoda znowu ladna sloneczna ale nie jest za cieplo. Wrecz wieczorem musze zakladac bluze bo jest za zimno na krotki rekawek. Przejechalem okolo 95 km. W poludnie po raz kolejny musialem zmieniac detke w przednim kole bo sie okazalo, ze jedna z latek zaczela puszczac powietrze. Przy okazji policzylem ile ich jest. Na 1 detce mam 8 latke na drugiej tylko 6 do tego lyse opony. Wniosek jest jeden, ze znowu trzeba zainwestowac w rower:(. Wieczorem docieram do San Jose gdzie na stacji mam wifi niestety nie widze tu za bardzo miejsca do rozbicia namiotu ale o tym pomysle pozniej. 

dzien 15 

Nocleg jednak udalo mi sie znalesc calkiem blisko i nawet nie taki zly. Z rana ruszylem w dalsza droge. Chociaz nie zakladalem sie spieszyc bo mialem niecale 100 km do pokonania w 2 dni. Teren zaczal sie robic bardziej zaludniony i miasteczka byly juz co okolo 20 km. Powoli sie wloklem, az zaczelo sie robic chlodno i ciemno a stacja do ktorej dotarlem byla beznadziejna. Tzn byla przy malym miasteczku gdzie zycie toczylo sie w jej sasiedztwie. Co znaczy, ze bar byl 15 m od stacji, a z 2 strony sklep z alkoholem. Co gorsza byla sobota wieczor. Nie pozostalo nic innego jak wsiasc na rower i pojechac dalej. Jak sie dowiedzialem do kolejnej stacji bylo 16 km, ktore postanowilem pokonac najszybciej jak dam rade zeby zdazyc zanim zapadnie calkowita ciemnosc. Przez niecala godzine gnalem ile sil w nogach az dotarlem do kolejnej stacji, ktora byla oddalona zaledwie 20 km od Montevideo.

16 dzien

Po 10 km jestem juz w Montevideo gdzie odbijam w droge prowadzaco do mojego hosta. W zasadzie luzny dzien bo dojezdzam do centrum handlowego i siedze w lokalnej odmianie macdonalda korzystajac z wifi. Dokola mnie tlum ogladajacy mecz, a w sasiedztwie zaobserwowalem dzieciaki, ktore maja takie same laptopy. Daje mi to do myslenia, ze tutaj rzad byl bardziej zaradny i program wprowadzenia laptopow do nauki dzieciakow juz dawno byl zrealizowany.